Jest mi bardzo wszystko jedno z powodu prawie tl;drowej generalizacji Pauliny Wilk. W zasadzie jedyne co mi kołatało pod deklem kiedy czytałem jej tekst w rzepie: czy ja jestem z opisywanego przez nią pokolenia?
Analogia przez analogię
Pokolenia są niemożliwe. Równie dobrze można by mówić o pokoleniowym doświadczeniu gejowstwa: w końcu co jakiś czas kolejni kolesie orientują się, że nie wyobrażają sobie uprawiać seksu z kobietami. No jasne, można kombinować, że jest jakieś “pokolenie” które doskonale pamięta akcję Hiacynt albo takie które to poznawało ludzi do seksu na pikietach czy świetnie kojarzą dyskotekę Paradise. Tyle, że są też geje, którzy tego kompletnie nie kojarzą. Nawet nie dlatego, że nie żyli w tamtych czasach ale dlatego że w tym czasie robili coś zupełnie innego.
Dzieciństwo jako dramat
Nie wierzę ludziom, którzy twierdzą, że doskonale pamiętają dzieciństwo i udają, że mieli wtedy taką samą świadomość jak dziś. Ja sam niewiele pamiętam i mam wrażenie że gdzieś do 12 roku życia (kiedy to zaczęła budzić się we mnie seksualność) nie miałem wykształconego przeświadczenia o tym że jestem (kiedy takie przeświadczenie się wykształciło objawiło się przerażeniem że zniknę, umrę).
Mam wrażenie, że zyskiwanie świadomości przez dziecko jest dramatem na tyle, że okoliczności w jakich się zyskuje nie są takie istotne. Owszem, jak się jest katowanym przez ojca to można nabawić się jakiś jebniętych wzorców. Takim wzorcem który pamiętam z własnego dzieciństwa jest strach przed wojną atomową. Nie bardzo pamiętam skąd się wziął, ale jeśli coś w moim dzieciństwie jest wyraźne – jest to strach.
Dalej będę jeździł walcem
Jeśli o istnieniu jakiegoś pokolenia ma świadczyć wspólnota doświadczeń to koncepcja się wywala; nawet jeśli wszyscy cierpimy na jakieś lęki i z powodu strachów – ich konfiguracja, natężenie i różnorodność jest często na tyle niepowtarzalna (lub rzadko powtarzalna), że nie będzie obejmowała jakiejś większej części ludzi urodzonych w danym przedziale czasowym. Więc nie będzie pokolenia.
Jeśli o istnieniu jakiegoś pokolenia ma świadczyć wspólny kontekst kulturowy to koncepcja się wywala; nawet jeśli jakaś spora liczba ludzi dzieli podobny sentyment do kreskówek, komiksów, oranżady w proszku czy batonów kukuryku to przecież każdy z nas w różnym stopniu. A najważniejsze będzie to, że w jakiś kontekst kulturowy można się po prostu wbić grepując literaturę, muzykę, filmy z danego okresu.
Jeśli o istnieniu jakiegoś pokolenia ma świadczyć uczestnictwo w wielkich wydarzeniach to koncepcja się wywala; jedyne co można czuć mając lat 8-12 to strach, podniecenie, niewiadomą z powodu zmiany. Nie można w niej uczestniczyć nawet jeśli rodzice drukują na powielaczu ulotki. Czym to się ma niby różnić od rodziców, którzy drukują ulotki jakiegoś MLM-owego sziteksu? Atmosfera podniecenia z powodu zmiany jaką może dać sukces w systemie może być równie silna jak atmosfera poważnej zmiany systemowej. Strach wynikający z tego, że przyjdą i za działalność na szkodę systemu zamkną ojca rodziny niczym nie różni się od strachu dziecka gangstera.
Kiedy przyjdą podpalić dom
Babcia mojego dobrego zioma przeżyła wojnę zupełnie bez świadomości że wojna się toczy mimo że mieszkała jakieś 10 kilometrów od obozu koncentracyjnego. Mój ojciec obserwując jak dziś żyją, bawią się i uczą młodzi ludzie nie dostrzega znaczących różnic pomiędzy tym, co on i jego ziomale robili. Ot, jest więcej technologii, łatwiej się przemieszczać, świat się skurczył. Ale zasadniczo problemy się nie zmieniły – nieudane pierwsze miłości, inicjacja seksualna, odnajdowanie się w świecie, weryfikowanie marzeń. Podziały na fajnych i niefajnych, bogatych i biednych, kujonów i luzaków są takie same. Być może są bardziej wyraźne, lepiej opisane, częściej się o nich mówi.
Jestem pewien że znajdzie się jakaś Paulina Wilk która za 20 lat będzie pisała o pokoleniu ludzi którzy dojrzewali w czasie kiedy Polska wchodziła do UE. I będzie to takie samo pieprzenie w poszukiwaniu jakiejś wspólnoty.