W związku z tym, że pół dnia nie miałem prądu i musiałem czytać z papieru, #jakzwierze – nienawiść jest dziś we mnie wyjątkowo silna, czujcie się ostrzeżeni.
Jakiś czas temu, kiedy nienawidziłem Sieradza i innych zwykłych, miłych miast przyplątała się w komciach nauczycielka nauczania początkowego, która miała gigantyczny problem ze wstawianiem przecinków. Jako że nie ufam ludziom: nie wierzę, że ktoś, kto nie potrafi postawić jako-tako przecinka (sam pż’ż używam znaków int’punkcyjnych jak mi pasuje) jest w stanie wytłumaczyć drugiej osobie cokolwiek. Mam to przecież w praktyce i na co dzień – ludziom cieknie z ust jakiś słowotok, który w większości jest daleki od tematu rozmowy. A jak już przyjdzie w formie literek, to #klękajcienarody. Żeby nie było: to oczywiście inteligentni ludzie, świetnie radzący sobie z cyferkami i życiem doczesnym, zazdroszczę im sprawności i zdolności matematycznych.
Jest tak, że jestem pewien, że cierpię na dyskalkulię (niezdiagnozowaną), więc jak widzę człowieka, który jest w stanie policzyć drobne w kieszeni, albo podzielić rachunek w knajpie, to mi opada szczęka i robię WOW. Bo dla mnie to są rzeczy trudne.
Proszę wycieczki, oto mieszczańska szatnia męska, mazowiecka
Byłem ostatnio w Białymstoku i zrobiło mi się arcysmutno. Nobo spodziewałem się, że ludzie tam będą sobie radośnie zaciągać i co tam jeszcze jest typowe dla mowy z tamtych okolic. A tu nie, wszyscy mówią w gwarze mazowieckiej.
Wiecie, nie ma nic bardziej smutnego niż moment, kiedy ginie język. Nie ten wypracowany przez brodatych (ten niech sobie ginie), smutnych ludzi z #RJP, którzy dopuszczają słowo “lodzić”, ale “maślić”, “margarynić” czy “jogurcić” już nie. Mnie jest z tego powodu oczywiście wszystko jedno, będę sobie używał takich słów, jakie sobie wymyślę i jakie będą mi pasować, ale THINK ABOUT CHILDREN!
I tak właśnie to sobie wyobrażam, bo przecież pamiętam doskonale pańcie polonistki, dla których język i kultura to były rzeczy objawione, rzeczy, wokół których wykonuje się czynności. Pielęgnuje i czci. Jak sobie pomyślę, ile krzywdy może zrobić człowiekowi nauczycielk’ któr’ kompletnie nie rozumie, dajmy na to, takiego X-Files; krzywdy uczniowi ambitnemu, który z racji parcia na wyniki (swojego albo rodziców) daje faka na to, co mu się popycha pod dekiel. Także: krzywdy uczniowi, dla którego jedyną szansą zdobycia kapitału kulturowego są te dupogodziny marnowane na jakieś smętne pieprzenie o poezji.
Widzę to tak: pańcia albo pańciutek, poloniści wykształceni na krakowskim Uniwersytecie Pedagogicznym (dawne WSP, aka “wspomaganie seksualne politechniki”, #wiernikowska) wracają po pięciu latach obcowania z kulturą wysoką, muzeami, poezją, wódką w parku wypitą, wschodami słońca na Skałkach Twardowskiego, papieskim oknem, i nad czym tam się jeszcze fapie. Wracają do Białegostoku, zaczynają pracę w szkole, pełni natchnienia, święcie przekonani, że istnieje jakiś poprawny język.
I co robią? I gwałcą, ci uświęceni mocą ciała pedagogicznego językowi pedofile.
Odbierają dźwięki, słowa, akcenty, przeciągnięcia, stylizacje, naturalny sposób komunikacji, w którym dziecko czuje się pewnie i bezpiecznie. I popychają swoje słowa, swoje konstrukcje, swoje – odbite na krakowskim mieszczańskim powielaczu – rozumienia. Zaczynają od zaorania, zabicia tego, co w dzieciaku jest jego znajomością języka. To barbarzyństwo.
A przecież można by inaczej. Jest w człowieku miejsce na to, by jego osobisty język współfunkcjonował z językiem oficjalnym, urzędowym; na bogów eterni – tym sziteksem, nazywanym językiem literackim (srsly, w XXI wieku?!).
I tak oto giną nam słowa, tak oto giną nam dźwięki: już teraz trzeba by do Zabłudowa, albo jakieś zapyziałe osiedle w Rudzie Śląskiej i tworzyć słowniki, nagrywać ludzką mowę. To wszystko zniknie, przy dostojnym kiwaniu głową smutnych ludzi.
Smutek szkolnego korytarza
W tych wszystkich nabzdyczonych pieprzeniach ludzi, którzy pół swojej edukacji przepisali z Wiki, albo ściągnęli od koleżanek i kolegów brakuje jednej ważnej rzeczy: radosnego olśnienia, że matematyka to język. I dzieciom obrzydza się go tak samo.