Ci, którzy dają faka pewnie wiedzą, 2 września zrobiłem bliprelację z eksmisji mieszkanki kamienicy w Krakowie [ctrl+f anyone]. Tym, którzy nie wiedzą – wyjaśniam.
Miałem tak, że zupełnie nie rozumiałem o co chodzi ludziom z ruchu anarchistycznego. Moje wyobrażenia na ich temat można przeczytać tutaj.
Dlatego, kiedy usłyszałem, że będą blokować – ich zdaniem nielegalną – eksmisję wybrałem się tam z komórką w dłoni i laptopem w plecaku, żeby blipować rozwój wypadków. No i oczywiście przyjrzeć się samym anarchistom.
Historia się rozwija
Na imprezę wpadłem z zaledwie garścią informacji. W zasadzie byłem zwykłym gapiem, z tą różnicą, że historia mnie wciągnęła i – tak jak się rozwijała, w miarę jak docierały do mnie kolejne informacje – wrzucałem na blipa.
Od jakiegoś czasu czytam teksty o śmierci tradycyjnego dziennikarstwa (*ostatni wpis WO), o tym jak coraz większe znaczenie będzie miała informacja przesyłana na bieżąco, niepotwierdzona ale zupełnie świeża, o przewidywaniach jak serwisy mikroblogingowe i zwykli ludzie rejestrujący wydarzenia będą produkować informacje. Przewijają się głosy, że w przyszłości Jacek Hugo-Bader nie będzie miał racji bytu: po co komuś reportaż za kilkadziesiąt tysięcy złotych z jakiegoś zadupia, skoro zwykły ziom na wycieczce dzięki komórce również może oddać w jakiś sposób to, co widzi: nie ma miejsca na profesjonalne, dobrze zriserczowane treści w ciasnej przestrzeni potrzeby monetyzacji.
Taka też była moja relacja. Zupełnie amatorska, podejrzewam, że dla czytających – niezbyt sensowna, trudna do zrekognizowania o co chodzi, pozbawiona szczegółów.
W skrócie
Pokrycie tematu chyba jest niezłe, napisała krakowska Wyborcza, było radio, telewizje (TVP, TVN24, krak.tv), różne serwisy wolnościowe obrodziły w info (indymedia, centralna informacja anarchistyczna, blogasek ekipy FA). Widziałem dokumentalistkę z tefałenowskiej Uwagi. Każdy, kto chciałby zgrepować o co biega prawdopodobnie dostanie w tych miejscach bardziej rzetelną informację na temat wydarzeń i okoliczności niż ta, którą jestem w stanie udostępnić. Nie znam nazwisk, okoliczności wydarzeń – tylko to, co widziałem na własne oczy i co wpadło mi w uszy.
Jako poboczny obserwator wydarzeń nie odczuwałem jakichś specjalnych emocji: nawet kiedy widziałem, jak policja wynosi moją znajomą (pomachała mi) – po prostu patrzyłem co się dzieje, mając grube przeświadczenie, że nic złego się nie może stać.
Tego dnia spotkaliśmy się rano nad brzegiem Wisły, by po jakimś czasie przejść pod kamienicę w której mieszkała Maria Michta. Budynek odnowiony, czysta klatka schodowa – tak różna od tego, jak powszechnie wyobraża się kamienicę z której eksmituje się ludzi.
Zaczęło się od pikiety. Piknikowa atmosfera, dochodzą kolejne osoby, a to ktoś z FA, a to starsi ludzie z organizacji lokatorskich. O ile kojarzyłem już osobliwe emo ludzi z Federacji Anarchistycznej – zszokowało mnie, co i jakim tonem mówili ludzie związani z organizacjami lokatorskimi: zbrodnicza UE, esbecja która dogadała się z Solidarnością, media ganiające na pasku gangsterów, żydowska finansjera. Poczułem się bardzo nie na miejscu – z jednej strony daleko mi do poglądów anarchistycznych, ale to co mówili ci starsi ludzie, źle ukierunkowany żal jaki z nich wypływał – budził mój wewnętrzny sprzeciw.
FA oczywiście odcina się od tego o czym mówili członkowie organizacji lokatorskich. Ale dla postronnego obserwatora zupełnie bez problemu może się to zlać w jeden bełkot o tym, jak za łapówki przekazywano gangsterom kamienice. I jak w każdym krakowskim sądzie leży nakaz, żeby żydom oddawać nieruchomości nawet na podstawie “10 kserokopii aktu własności”.
Anonimowe łosie z internetu komciując wrzuty o blokadzie w zasadzie widzą to tak: anarchiści szukają okazji do zadymy. Obserwowałem ich i widziałem coś zupełnie innego: zaangażowanie, wiarę w to, że pewnych rzeczy nie wolno robić, pełną świadomość konsekwencji.
Anarchiści rozłożyli namioty pod drzwiami mieszkania na 2 piętrze, reszta usiadła na schodach. O ile teraz dobrze sobie przypominam – właściciel kamienicy domagał się od nich przedstawienia papierów, które dają im prawo do przebywania na prywatnym terenie. Wywiązała się krótka pyskówka. Chwilę potem wodzirej z organizacji lokatorskich przyszedł by wyraźnie odciąć się od akcji anarchistów, którzy wyśmiali jego prośbę, by przepuścić komornika.
Kilka minut po 10 rano zjawił się komornik wraz z obstawą. Praktycznie się nie odzywał, starał się zachować spokój. Policjanci poprosili o blokujących o rozejście się. Anarchiści tłumaczyli policjantom, że według nich eksmisja jest nielegalna. Jakaś kobieta z organizacji lokatorskich tłumaczyła, że odwołanie od wyroku eksmisji nie zostało jeszcze rozpatrzone. Policjanci ruszyli i zaczęli wyrywać ludzi. Jeśli mnie pamięć nie myli – pierwszy, w kajdankach, został wyprowadzony Rafał Górski. W odpowiedzi anarchiści zaczęli skandować “gestapo”. Potem poszło jak po sznurku. Wyciągali jedną osobę za drugą i wynosili. W międzyczasie właścicielka mieszkania zasłabła. Przyjechało pogotowie, chcieli zabrać ją do szpitala, ale wyrwała się i wróciła. Kiedy wynosili chłopaka, zdaje się białorusina, jedna z działaczek lokatorskich nie wytrzymała i krzyknęła “co robicie, przecież to dziecko” i kilkukrotnie uderzyła policjanta otwartą dłonią w plecy. Policjant odpowiedział jej dosyć buracko: “dzieci to w szkole siedzą”. Ale to był w sumie jedyny taki przypadek niewłaściwego zachowania policjantów.
Ja rozumiem, że z punktu widzenia kogoś, kogo bydlak z pałą targa za bary ciężko jest uznać, że zachował się jak należy. Z mojej strony wyglądało to inaczej. Widziałem to w zmieszanych oczach policjantów kiedy słyszeli okrzyki “a gdyby to była pana matka”, widziałem kiedy wynieśli członka śląskiej antify (na moje oko kawał ciała) i grzecznie zapytali, czy dalej pójdzie sam, czy mają go wynieść. Nie było w nich agresji, chęci dokopania, wyżycia się, przeniesienia wkurwu i frustracji. I to jest punkt, w którym moje porozumienie z anarchistami zaczyna pękać.
HWDP JP na 100%
Kiedy wynieśli ostatniego anarchistę ślusarz wynajęty przez komornika mógł bez problemu przewiercić zamki. Przed kamienicą jedna z przedstawicielek organizacji lokatorskich pyszczyła o tym, że Pani Marii komornik ukradnie co lepsze rzeczy, buc z wąsem i w wędkarskiej kamizelce mówił coś o SB i o tym, że mejnstrimowe media dogadały się z gangsterami, dlatego jest w nich ban na informowanie o sprawach lokatorskich. Nie mogłem znieść tej żenady, wybadałem więc gdzie wiozą zatrzymanych. Komenda na Zamoyskiego, dosłownie kawałek z buta. Tam spędziłem jakąś godzinę, może więcej – czekając na jakąkolwiek informację. Kobieta od lokatorów dostarczyła zatrzymanym drożdżówki. Było już po akcji. Staliśmy w kilka osób czekając na to, czy ich przesłuchają, zatrzymają i przewiozą do aresztu na Mogilską. Anarchista z masy krytycznej, stażysta w Gazecie Krakowskiej, przywiózł niusa od rzecznika policji: zostaną postawione zarzuty utrudniania czynności służbowych. Kilkanaście minut później zwolnili pierwsze osoby. Z budynku wyszedł młody policjant i poprosił nas, żeby się rozejść, bo inaczej nie wypuści kolejnych osób. Wtedy mnie to zdziwiło i pomyślałem sobie, że to w sumie grube buractwo – ale na chłodno podejrzewam, że się koleś po prostu obawiał, czy to przypadkowe spotkanie prawie 40 osób nie przerodzi się w jakąś manifestację a wrażenie anonimowości tłumu w połączeniu z bliskością komendy nie doprowadzi do jakiejś krzywej akcji.
W końcu wyszli wszyscy. Początkowy plan był taki, żeby iść do pobliskiego parku pogadać, ale skończyło się tym, że wróciliśmy pod kamienicę. Tam jeden z policjantów (zdaje mi się, że on w jakiś sposób ogarniał całą akcję) sprzedał niusa o tym, że rodzina eksmitowanej – konkretnie jej córka – jest w bardzo dobrej sytuacji materialnej. Przez moment miałem wrażenie, że ci, którzy to słyszeli poczuli się jak przekłuty balon. Ale zaraz przyszła szybka racjonalizacja: no i co z tego, przecież tu chodzi o nierespektowanie prawa a nie o to, że jej córka jest dziana.
Moja znajoma która mnie tam przytargała chciała się już zwijać a ja sam nie miałem ochoty pchać się w miejsce do którego miała nastąpić eksmisja. Dowiedziałem się tylko, że teren należy do Huty, jest magazynem i nie nadaje się do zamieszkania, Huta nie ma zamiaru wydać kluczy oraz zdecydowanie zamierza rozwiązać umowę najmu.
Punkty styczne
Umiarkowanie popieram postulaty decentralizacji; lubię duży zakres wolności osobistej i swobód obyczajowych. Uważam, że to ważne, żeby dbać o wykluczonych. Ale w przeciwieństwie do anarchistów – nie udaję, że da się to zapewnić bez rozwiązań systemowych. Bardzo podoba mi się ich wiara w samoorganizowanie się; widać, że to dla nich działa – ale nie ma się co łudzić: takie widzenie świata kształtuje się w bardzo specyficznych warunkach (co w sumie potwierdza się dowodem z anegdoty: wszyscy ludzie których poznałem mają ciekawą historię, są odszczepieni) i raczej nie sprawdzi się dla większości obywateli. Nie leżą mi pomysły dalszego wzmacniania związków zawodowych: to prosta droga do wykluczania coraz większych rzesz ludzi z przywileju jakim jest równoprawny dostęp do ochrony swoich praw pracowniczych (z jednej strony klasę średnią, z drugiej pracowników zatrudnionych na “elastycznych zasadach”; ostatnio mi zarzucono że “praca czasowa” odnosi się do tego co jest zapisane w ustawie i mam se znaleźć inne określenie); nie widzę powodu dla którego policja jest tylko i wyłącznie zła – ja mam dobre doświadczenia (nawet jeśli skuteczność nie zawsze jest wysoka). Idee kompletnej decentralizacji państwa są durne; przecież wszystkim nam zależy na transferze środków z miejsc bogatszych do biedniejszych (nazywamy to solidarnością społeczną i jesteśmy z tego dumni). Moje obawy o odloty anty-GMO i przeciw energii atomowej potwierdziły się. O ile energia atomowa nie nawilża, bo wygląda na straszliwie drogą to do GMO nie mam nic. No – prawie nic. Cały bajer rozchodzi się o to, by uniemożliwić korporacjom przejęcie całej rodziny jakiegoś pożywienia (co pewnie da się uzyskać przez obowiązek utrzymywania niezmodyfikowanej wersji danej rośliny na licencji Open Source).
Koniec końców, po kilku dniach w okolicach anarchii pozwolę sobie pozostać nienawilżony ideami i mile zaskoczony ludźmi. Jak na Kraków to faktycznie rewelacja!
Kiedy wrócę za jakiś czas – będę miał nowe pytania, więc mój proces grepowania jeszcze się nie skończył. Choć oczywiście można mnie naprostować w komciach, jeśli walnąłem gdzieś jakąś durnotkę.