Populistyczne rozdawnictwo klasy politycznej

Trudno jest mi sobie wyobrazic bardziej populistyczny argument polityczny niz „obnizanie podatkow”. Haslo to ojawia sie oczywiscie najczesciej w kampanii wyborczej i jest traktowane jako cudowne remedium na problemy wszystkich, niezaleznie od klasy spolecznej, niezaleznie od pogladow politycznych. Niski podatek, najchetniej znaczaco nizszy, zwlaszcza dla grupy docelowej, do ktorej polityk czy partia kieruje swoj przekaz ma byc czyms, co magicznie stworzy a to miejsca pracy, a to mozliwosci inwestycji i rozwoju, a w dlugim terminie ma przyniesc wszystkim obywatelom powszechna szczesliwosc i prawdziwa wolnosc do decydowania o tym, co zrobic ze swoimi ciezko zarobionymi pieniedzmi.

Obnizanie podatkow to jest oczywiscie najprostszy rodzaj rozdawnictwa, bo nie trzeba tutaj zastanawiac sie nad metodami redystrybucji; powodami, dla ktorych akurat grupa docelowa powinna byc faworyzowana (przeciez istnieje dogmat o tym, ze wysokie podatki dlawia gospodarke, wiec automatycznie niskie tej gospodarce musza pomagac); przede wszystkim istnieje dogmat o pozytywnym, dlugofalowym skutku niskich podatkow.

Ale to nie jest podstawowy powod, dla ktorego haslo obnizki podatkow jest populistyczne – za obnizke ktos w koncu musi zaplacic: wiec albo zadluzamy panstwo, albo poszukujemy zrodel dochodow w innych miejscach; populisci nawolujacy do obnizki podatkow kompletnie znikaja fakt, ze zbudowanie systemu, ta zdobycz cywilizacyjna, jakim jest system zabezpieczen spolecznych – kosztowalo mase hajsu, jego utrzymanie nie stanie sie tansze dzieki obnizeniu podatkow, po prostu trzeba bedzie koszty przerzucic gdzie indziej. Jest na to wszystko az za duzo danych, a ze notke klikam na telefonie w pociagu – nie chce mi sie ich mozolnie przeklejac, zreszta sa to rzeczy przywolywane w poprzednich wpisach na blogasku.

Za kazdym razem, kiedy ktos bedzie nawolywal do obnizania podatkow – mozecie smialo nazwac go populista i porownac do Leppera (mimo, ze to obrazliwe w stosunku do niego bedzie, w wiekszosci przypadkow).

W dniu dzisiejszym

mam do powiedzenia tylko tyle: mało co bawi mnie równie mocno jak postulat rozmontowywania systemu zabezpieczeń społecznych w odpowiedzi na problemy wynikające z rozmontowywania systemu zabezpieczeń społecznych.

 

__
Na pocieszenie: idźcie i kupcie Dziennik Gazetę Prawną. Momentami czułem się, jakbym czytał papierowy organ TTDKN.

Poleca się również uwadze tego kolesia: https://twitter.com/RafalWos

stan internetu 2014

stan internetu w 2014 jest taki, ze jest zepsuty;

przede wszystkim wyraznie widac, ze uzytkownik troche przeszkadza w zarabianu hajsu: widac to po ostatnich zmianach u cukiera (zalajkuj cokolwiek, zaraz zacznie ci podpowiadac lajkowanie podobnych tematycznie tekstow w jakichs portalach; interfejs, ktory jest zoptymalizowany pod wyswietlanie reklam; taki dobor tresci do feeda, ze nie wyswietla sie polowa aktywnosci twoich ziomow, a pchane sa strony, na ktorych cos skomentowali/zalajkowali) i pchaniu niesczesnego i brzydkiego jak noc paperu (okropna jest ta aplikacja: zarowno jako beautyfikacja fejsbuka jak i appka do odkrywania tresci);

widac to u twitteru, ktory we wlasnej appce popycha jakies dzikie watkowanie, do ktorego wciaz nie przywyklem, gdzie popycha tresci reklamowe (nie wiem, czy po prostu pakuje tematy z tzw. techu jako difoltowe, czy moze troche lepiej obczaja niz fejsbuk zainteresowania swoich uzytkownikow) jak szalony; a przede wszystkim: stawia na odkrywanie tresci, nowych uzytkownikow do sledzenia, itd.; a przede wszystkim: przebakuja cos o usunieciu opcji cytowania jaka znamy (w porownaniu z jak najlepszej pamieci blipem – biedacytowaniu), watpie, zeby nie bylo to pochujowienie;

google plus jest nieuzywalny; zreszta – wszystko u googla wyglada jak nieudany projekt na konkurs dla studentow politechniki;

nie ma juz w internetach zbyt wielu uslug, ktore by tworzyly jakas spolecznosc, ale najsmutniejsze jest to, ze koncza sie miejsca, w ktorych ziomale mogli sobie siedziec w znanych okolicznosciach interfejsow; rok 2014 jest rokiem pochujowienia do tego stopnia, ze mi ten caly soszjalmedia internet zbrzydl;

szkoda

Społeczna odpowiedzialność biznesu

To coś na co nie należy liczyć. Biznes nie jest od bycia odpowiedzialnym społecznie, od rozważania moralnych i etycznych konsekwencji swoich działań. Nie łudzę się, nie liczę, że kiedykolwiek zacznie. Znaczy, mam nadzieję, ale w ograniczonym zakresie. Wynika ona z tego, że planowanie długoterminowe w biznesie jest skorelowane z tym co etyczne i moralne (sprawdzić czy nie jesteś google czy facebookiem, korporacją o wielkich ambicjach prawotwórczych).

Skoro biznes nie będzie społecznie odpowiedzialny to znaczy, że my sami musimy tę odpowiedzialność społeczną zorganizować. Taką rolę ma, co za niespodzianka, państwo. Przez ostatnich dwadzieścia lat z kawałkiem tę społeczną odpowiedzialność państwa próbowano, często skutecznie, rozmontować i sprywatyzować. Jest listopad, więc mniej optymistycznie patrzę na świat i uważam, że osiągnęliśmy coś jak PNR. Jesteśmy już w tym rozmontowywaniu tak daleko, że nie ma powrotu do stanu wyjściowego, jedyne co można robić to redukować szkody.

I w to moje pesymistyczne myślenie o świecie wpada mi w miejscu gorszym niż usenet człowiek, który się dziwi. Rozmowa tyczy się biednych polskich firm, które nie stać na zapłacenie pracownikowi minimalnego wynagrodzenia. Stoję sobie na radosnym stanowisku, że firmy te powinny upaść. Bo są szkodliwe, zarówno z lewicowego spojrzenia na sprawę (krzywda pracownika) jak i z prawdziwiewolnorynkowego (psuje się rynek). Na co dostaję, że przecież to nie ich wina. I tu właśnie przychodzi moment, kiedy dociera do mnie, że ludzie nie rozumieją prostej zależności: twoje i twoich współobywateli przeszłe decyzje polityczne i gospodarcze mają swoje konsekwencje. Jedną z konsekwencji tych decyzji jest to, że mamy taki a nie inny kształt rynku. I, dalibóg, byłoby za to odpowiedzialne państwo. Ale nie. To nie wysokie podatki, to nie wysokie składki na ubezpieczenia zdrowotne, fgśp czy inne fiu bździu odpowiadają za to, że jest masa firm, które są po prostu nieopłacalne. Równie dobrze można argumentować, że komuś zakaz pracy dzieci powoduje, że mu się biznes nie opłaca.

Dobrze zdezorganizowana akcja

Nawoływanie do dalszego obniżania podatków jest po prostu nawoływaniem do tego, żeby przesunąć środki z budżetu do banków i instytucji finansowych. Które to instytucje głosami swoich specjalistów nawołują do dalszej prywatyzacji kolejnych obszarów działalności państwa. To oczywiście wszystko wygląda ładnie na papierze i pięknie w krótkim terminie, a PKB od tego puchnie, tylko że tutaj nie ma ani słowa o odpowiedzialności względem społeczeństwa. Kapitał nie chce, nie lubi, nie jest, nie był i nie będzie odpowiedzialny za swoje decyzje (przecież nie będziemy skazywać spółek wraz z zarządami udziałowcami na 25 lat więzienia). Dlatego uważam, że przesuwanie kompetencji państwa w ręce kapitału to nie jest najszczęśliwszy pomysł.

20 lat kapitalizmu chyba powinno nauczyć wszystkich, że my tutaj na dole nie jesteśmy kapitałem. Nawet jeśli to od naszej aktywności, od naszej pracy, naszych podatków, naszych planów, ambicji, marzeń, nieprzespanych nocy i pogorszenia stanu zdrowia zależy wzrost PKB – to on nie ma nic do rzeczy, bo sami sobie odcinamy, decyzjami politycznymi, dostęp do tych pieniędzy i wpływu na ich dystrybucję.

Krótko rzecz ujmując – wszyscy, którzy marudzą, że podatki uniemożliwiają im dysponowanie wypracowanymi pieniędzmi powinni wreszcie skumać, że oddanie tych pieniędzy w formie niskoopodatkowanych zysków uniemożliwia im dysponowanie wypracowanymi pieniędzmi jeszcze bardziej.

Oczywiście, można argumentować w Wimmerowskim stylu (pamiętaj, Wimmer zajebałby Breivika spinaczem!), że przecież PKB wzrosło i coś tam jeszcze też podskoczyło. Problem polega na tym, że mimo obniżki obciążeń podatkowych od tamtego czasu jakoś nie widać, żeby udział pracowników w przychodach przedsiębiorstw jakoś znacząco wzrósł (a ja po cichu obstawiam, że np. dzięki powszechnemu wykorzystaniu spychania na samozatrudnienie, wykorzystaniu APT, nielegalnych umów cywilnych w miejsce stosunku pracy, oraz przede wszystkim wzrostu płac poniżej wzrostu PKB – nawet spadł).

stawki CIT:

  • od 1 stycznia do 31 grudnia 1997 r. – 38% podstawy opodatkowania
  • od 1 stycznia do 31 grudnia 1998 r. – 36% podstawy opodatkowania
  • od 1 stycznia do 31 grudnia 1999 r. – 34% podstawy opodatkowania
  • od 1 stycznia do 31 grudnia 2000 r. – 30% podstawy opodatkowania
  • od 1 stycznia do 31 grudnia 2001 r. – 28% podstawy opodatkowania
  • od 1 stycznia do 31 grudnia 2002 r. – 28% podstawy opodatkowania
  • od 1 stycznia do 31 grudnia 2003 r. – 27% podstawy opodatkowania

Bilans musi wyjść na zero

Koszt kształcenia ucznia w publicznej szkole podstawowej i gimnazjum w Ciechanowie w 2008 r. to średnio 4.291 zł, co daje nam jakieś ~40.000 zł przez okres 9 lat, a w liceum czy szkole zawodowej jakieś 6.500 zł, co daje nam kolejne dwadzieścia kafli. I teraz ciekawostka: ile lat pracy pracownik zatrudniony z płacą minimalną musi poświęcić, żeby podatkiem dochodowym spłacić sam koszt swojego wykształcenia? Z obliczeń pi razy drzwi wyszło mi ~50 lat. Pięćdziesiąt lat płacenia podatku, żeby spłacić 13 lat edukacji. ROI z ucznia, który potem ląduje w śmieciowej pracy jest naprawdę znakomite!

Oczywiście – im większe miasto – tym koszty wyższe.

W internetowych dyskusjach o kształcie rynku w Polsce często przywoływana jest tzw. godna płaca, i co ona właściwie oznacza. Godna płaca to nic innego jak intelektualny wihajster do wskazania, że z aktualnymi płacami coś jest mocno źle, coś, czego nie przedstawia się pod publiczny osąd: wszyscy wiemy, że są niskie, ale cóż, przecież jest kryzys, no i przecież nie można płacić poniżej zwrotu z pracownika.

Tylko jeśli ten zwrot z pracy pracownika jest poniżej kosztów dostarczenia tego pracownika na rynek pracy – to my wszyscy za niego płacimy. My wszyscy, którzy mają trochę lepiej i płacą trochę wyższe podatki. W gospodarce – w przeciwieństwie do ekonomii – nic nie ginie, zawsze musi się znaleźć ktoś, kto te koszty pokryje.

Powtórzę raz jeszcze, żeby dotarło: pracodawca płacący pensję minimalną pracownikowi domaga się od nas wszystkich tego, byśmy do tego pracownika dopłacali. Oczywiście – nie są to dopłaty bezpośrednie (choć takie sytuacje też się zdarzają, poprzez np. obniżki/zawieszenie podatków od nieruchomości czy ZUS dla inwestorów zagranicznych w SSE).

Uspołecznianie kosztów

Zad.1 Na przykładzie zysków i aktywów PKO BP wskaż początek i koniec kryzysu:

Zysk netto:

Aktywa:

2002 – 1,051 mld zł

2002 – 82,0 mld zł

2003 – 1,228 mld zł

2003 – 84,4 mld zł

2004 – 1,872 mld zł

2004 – 85,1 mld zł

2005 – 1,676 mld zł

2005 – 90,3 mld zł

2006 – 2,047 mld zł

2006 – 99,8 mld zł

2007 – 2,720 mld zł

2007 – 105,3 mld zł

2008 – 2,881 mld zł

2008 – 131,2 mld zł

2009 – 2,432 mld zł

2009 – 153,7 mld zł

2010 – 3,311 mld zł

2010 – 167,2 mld zł

2011 – 3,807 mld zł

2011 – 190,7 mld zł

za: wikipedia, przecież nie będę się grzebał w ich raportach

W grudniu 2011 roku w Wyborczej:

„183 mld zł – polskie firmy jeszcze nigdy w historii nie miały tyle pieniędzy na kontach. Obrosły w gotówkę, bo nie inwestowały. – Szykują się na kryzys – mówią ekonomiści”

„Od stycznia 2007 r., czyli czasu, gdy o kryzysie nikt nie słyszał, wartość oszczędności firm wzrosła o 58 mld zł.”

„Niepewne czasy spowodowały, że nawet po pierwszej fali kryzysu w 2009 r. polskie firmy wolą obrastać w gotówkę, zamiast inwestować.”

Czasem spotykam się z argumentem, że wysokie dochody topmenedżmentu, zarządów i prezesów są premią za ryzyko. Z czym zgadzam się o tyle, że uważam, że prawidłowa definicja wszelkiej działalności biznesowej to «ponoszenie ryzyka w celu osiągnięcia korzyści», z czym nie zgadzam się, bo wiem dobrze, jakiego rodzaju jest to ryzyko, tj. nie ma tam ani odpowiedzialności finansowej, ani karnej.

Czasem spotykam się z argumentem, że wysokie dochodu topmenedżmentu, zarządów i prezesów są premią za umiejętności, wiedzę i talent. I że to właśnie te cechy wymagają bycia dobrze opłacanymi.

Jak połączymy to ponoszenie ryzyka z umiejętnościami, wiedzą i talentem to się okaże, że firmy, które wiecznie boją się inwestować, czy jest kryzys, czy go nie ma (szybki gugiel: w 2006 też się bały) może wcale nie są zarządzane przez ludzi z umiejętnością, wiedzą, talentem i ze zdolnością do ponoszenia ryzyka. Na tej awersji do ryzyka przez ostatnie dwa lata aktywa firm wzrosły o 17 mld złotych.

Andrzej Blikle argumentuje, że jak się te 200 mld zł podzieli przez 2,2 mln aktywnych firm w Polsce, to to wychodzi jakieś śmieszne 91 tysięcy złotych. Zapytajcie swoich znajomych, którzy prowadzą DG, kiedy ostatnio mieli na koncie luźnie 91 kafli.

Blikle twierdzi również, że pieniądze te są firmom niezbędne do inwestycji; tyle że hajs potrzebny do inwestycji łączy się z kredytem i te pieniądze dość szybko znikają z rachunków.

Luźna obserwacja – co roku 8,5 mld złotych znika z rynku, bo zarządy, prezesi i topmenedżment nie bardzo się orientują, jak mogą rozwijać swój biznes, a poza tym mają awersję do ryzyka inwestycyjnego.

Choć osobiście obstawiam, że nie mają awersji do inwestycji – po prostu nie satysfakcjonuje ich przeciętny zwrot z tych inwestycji.

Odchodząc nieco od oceny kwalifikacji i zdolności ponoszenia ryzyka, obserwacja: skoro boją się przeciętnych zwrotów z inwestycji, mogliby się podzielić tymi zyskami ze swoimi pracownikami. Co pewnie przełożyłoby się na pobudzenie rynku i większy zwrot z inwestycji w przyszłości.

Bojownicy o wolny rynek

Skoro organizacje przedsiębiorców domagają się tego, by respektowane były zasady rynkowe – jestem skłonny się na to zgodzić, pod tym warunkiem, że podatki z płacy minimalnej będą w stanie zwrócić koszt wejścia takiego pracownika na rynek pracy (nie tylko edukacja, ale i opieka zdrowotna, koszty infrastruktury, kultury, zapewnienia bezpieczeństwa) oraz zostawić parę groszy dla następnego pokolenia.

 

Mastalerek odni…

Mastalerek odniósł się także do ataków na warszawskie squaty. – Zdaje się, że mieszkańcy squatów też mieli koktajle Mołotowa. To nie jest jednostronna sytuacja – zauważył. – Chyba jest. Jak do pana domu przychodzą pana utłuc, to nie ma symetrii. Nie może być pan zły, bo się broni – skontrował Wróbel. – To nie jest niczyj dom, to opuszczone miejsca, których nikt nie jest właścicielem. Te osoby znajdują się tam bezprawnie – powiedział poseł PiS.

Bardzo mi się ta narracja podoba. Zwłaszcza w zderzeniu z tymi wszystkimi pierdoletami w stylu „jeśli atakują Twój dom, to masz prawo się bronić, właśnie dlatego każdy człowiek powinien mieć dostęp do broni palnej”.

wyborach parlamentarnych w 2011 został liczbą 8509 głosów wybrany na posła z listy Prawa i Sprawiedliwości w okręgu sieradzkim

Sieradz, Sieradz.

za kazdym razem

kiedy czytam te pierdolety w stylu „to sprobuj cwaniaczku w muzulmanskiej dzielnicy zrobic X” mysle sobie o tych zjebonautach od „sprobuj zrobic na pradze, na nowej hucie, w szopienicach, na balutach X”;

dowod z wyobrazonej anegdoty, totalnie jestem za segregacja klasowa

Handluj z tym

Jeśli morzeł orze, to i ja mogę opowiedzieć czytelnikom mojego blogaska o tym, czemu może Jarosław Kurski.

Kapitalistyczny podział na szlachetnych przedsiębiorców i leniwych pracowników jest głupi jak paczka gwoździ. Od lat przecież powtarzamy, że gdyby system był skonstruowany tak, że ma być dobrze przedsiębiorcom to by się nazywał przedsiębiorcyzm – a nie kapitalizm.

Przeciętne polskie PPHU Krystynex jest w bardzo podobnej sytuacji jak ich pracownicy. Gówniane pieniądze (witamy w kraju, w którym wszyscy myślą, że wyżyją z przyzerowych marż), opóźnienia płatności, brak mechanizmów, które umożliwiałyby konkurowanie z dużymi przedsiębiorstwami, brak dostępu do kredytów, w których bank współponosi ryzyko przedsięwzięcia, brak rozdziału pomiędzy zarobkami właścicieli w prowadzonych przez siebie przedsiębiorstwach oraz zwrotem z inwestycji a przychodami i majątkiem firmy.

Przeciętny polski pracownik jest w bardzo podobnej sytuacji jak jego pracodawca.
Gówniane pieniądze (nie czarujmy się, nawet 2000 zł netto na miesiąc, co zdaje się być całkiem spoko stawką, nie pokrywa kosztów odtworzenia siły wytwórczej pracownika), brak możliwości planowania wydatków w dłuższej perspektywie czasowej, konkurencja na rynku pracy polega głównie na tym, kto jest skłonny pracować za mniej i na gorszych warunkach.

Każdy z tych problemów da się wytłumaczyć odległością od kapitału. Odległość od kapitału można bardzo łatwo uprościć do pozycji klasowej. I zerwać wreszcie raz na zawsze z idiotycznym podziałem: my przedsiębiorcy, czyli geszefciarze na samozatrudnieniu jesteśmy totalnie jak Sebastian Kulczyk a tam po drugiej stronie stoją leniwi biedacy, roszczeniowi robole, zwykli nieudacznicy i pazerne związki zawodowe.

O upodobaniach

Z dużą radością przyglądam się klasie średniej, która powtarza, że żadnych klas społecznych slasz majątkowych nie widać. I że oni nie czują żadnej potrzeby awansu. To jest oczywiście bardzo rozsądne wyparcie, usuwa konieczność odpowiedzi na pytanie: ej, skoro nie ma klas, to dlaczego mój majątek zamiast rosnąć – kurczy się. Odpowiedzią na to pytanie staje się proste „bo mi państwo nie pozwala, bo grabi mnie w podatkach” (funfact, niedawno koleś, który efektywnie płaci coś koło 7,5% podatku dochodowego jęczał, że go państwo ograbia z 18% pieniędzy). Czy faktycznie państwo utrudnia wzrost zamożności?

Tak. Utrudnia. 

Ale nie tak jak chcą zwolennicy obniżania podatków dla przedsiębiorców: bóg nie stworzył nas równymi. PPHU Krystynex nie jest równy Krystynex Holding S.A. Typowy Seba nie jest Sebastianem Kulczykiem.

Państwo faworyzuje kapitał. Nawet w tak prostym przypadku, jak prowadzenie przedsięwzięć pod firmą: łatwość powołania spółki kapitałowej, zakres odpowiedzialności w spółce kapitałowej, możliwość prowadzenia działań w spółce kapitałowej, gdy znajduje się ona w organizacji w opozycji do dosyć opresyjnych wymagań stawianych ludziom, którzy życzą sobie rozpocząć mały geszeft.

Proszę wybaczyć, ale kompletnie nie widzę powodu, dla którego ktoś, kto od czasu do czasu – (i do pewnej kwoty) dorobi sobie jako mechanik, naprawi pralkę, umyje okna czy zrobi jakąś usługę – nie może po prostu wystawić rachunku, doliczyć sobie go do przychodów i rozliczyć w PIT.

Państwo faworyzuje kapitał, bo udział obciążeń dla małych przedsiębiorstw jest taki sam jak udział obciążeń dla dużych przedsiębiorstw. Tyle że ryzyko, jakim obarczony jest ten udział jest dużo większe w dla małych geszeftów. Te niby niewielkie 18% czy 19% podatku dochodowego, śmieszny ~tysiąc złotych ZUS, konieczność zapłacenia VAT, w okolicznościach, które są w Polsce, czyli małego i biednego rynku wewnętrznego, gdzie powszechną opcją konkurowania jest tak naprawdę cena powodują, że rentowność prowadzenia małego geszeftu jest wyraźnie niższa niż tego samego geszeftu w większej skali.

O czym świetnie świadczy problem dostępu do pieniądza. Wymagana przez banki ilość zabezpieczeń powoduje, że dla jednoosobowej działalności czy małego przedsiębiorstwa ryzyko a więc i koszt pozyskania pieniędzy są często zbyt wysokie. Jesteśmy w kapitalizmie, bez dostępu do kredytu nie ma mowy o rozwoju.

Czy to jest problem klasowy? Jest.

Przedstawiciel UMC to ktoś, kto choćby z racji swojej przeszłości czy znajomości, powiązań towarzyskich i rodzinnych ma dostęp do ludzi, którzy chętnie pomogą w zorganizowaniu pieniędzy. Mają wolne środki, które mogą inwestować, posiadają rzeczy, które mogą stanowić zabezpieczenie, a których ewentualna strata nie będzie oznaczała pogorszenia jakości życia.

Już nawet przedstawiciel MC ma pewne problemy ze znalezieniem odpowiedniego majątku, który mógłby bezpiecznie posłużyć jako zabezpieczenie. W moim widzeniu przedstawiciel MC to ktoś taki, kto po opłaceniu wszystkich zobowiązań dysponuje w umiarkowanym stopniu wolnymi środkami. Wystarczy na rozrywkę, wakacje, stosunkowo niewielkie oszczędności. MC zazwyczaj jest w na tyle wygodnej sytuacji, że ryzyko związane z prowadzeniem własnego przedsięwzięcia w stosunku do obecnego poziomu dochodów jest zbyt duże.

Przedstawiciel LMC to ktoś, kto po opłaceniu zobowiązań wychodzi bez długów. I to jest grupa, w której własny geszeft mógłby być widziany jako metoda awansu klasowego. I tu właśnie, bez możliwości położenia zabezpieczenia, z ryzykiem związanym z odpowiadaniem całym majątkiem – dostęp do pieniądza jest najtrudniejszy.

Poniżej LMC można liczyć co najwyżej na chwilówkę i pożyczanie pieniędzy od wielu członków rodziny i znajomych.

Czy to jest problem z kapitalizmem? Jest.

Małą przedsiębiorczość widzę jako jedną z metod walki z kapitałem. To właśnie małe przedsiębiorstwa wzajemnie sobie sprzedające i kupujące od siebie tworzą rynek wewnętrzny. Nie wiem co na to ekonomiści, ale mam mocne podejrzenie, że pieniądze na rynku biorą się z tego, że są w ciągłym przepływie i że uczestnicy rynku spodziewają się, że tych pieniędzy jest tam tyle, ile potrzebują, żeby spłacić swoje zobowiązania i żeby zobowiązania wobec nich zostały spłacone. Ludzie mający więcej pieniędzy mają alternatywne metody pozyskania pieniędzy na swoje potrzeby, nie w każdym przypadku więc muszą zwracać się do kapitału, dzięki czemu mogą spodziewać się lepszych warunków (a kapitał – niższych marż i odsetek, co nie jest im na rękę). Duża ilość małych przedsiębiorstw w dobrej kondycji, w sytuacji dużego rynku wewnętrznego, płacących regularnie swoje zobowiązania wobec państwa zmniejsza potrzebę państwa do zaciągania długu, co z kolei przekłada się znów na mniejsze przychody kapitału.

Uczynię teraz prostą analogię dla niekumatych: jeśli na wieś, w której prowadzę sklepik sprowadzi się z miasta brzuchaty szerholder – to czasem w moim sklepiku zostawi więcej grosza kupując gorzałę czy lepsze szlugi. Ale jeśli na tej samej wsi wszystkim moim sąsiadom zacznie się robić lepiej na tyle, że – w związku ze skalą mojego biznesu – wyższe ceny w moim sklepiku w porównaniu do oddalonego o 12 km marketu przestaną im robić różnicę i wreszcie będzie można konkurować np. jakością produktów i ich asortymentem, to mi się zrobi lepiej. A jak mi się zrobi lepiej, to będę chciał mieć ładniej dookoła sklepu, to będę chciał kogoś zatrudnić, żeby praca szła łatwiej i żebym miał więcej czasu. [Czy to działa tak pięknie i łatwo? Mocno wątpię, ale może przestańmy myśleć w perspektywie roku-dwóch i spodziewajmy się zmian w perspektywie 7-10 lat.] 

Zajęcia praktyczno-techniczne

Trochę mam obawę, że moje kiełkujące przeświadczenie, że kapitałowi po prostu nie opłaca się wzrost zamożności jest podszyte jakimś SPISGIEM, ale z drugiej strony jeśli przedsiębiorczość nie będzie obarczona zbyt wysokim ryzykiem i będzie miała lepszą rentowność niż fundusze inwestycyjne i lokaty bankowe?

Jest trochę tak, że oprócz złej woli wąsatego biznesu widzę, że powodem zatorów płatniczych często jest obawa: czy jeśli zapłacę komuś teraz to nie stanie się tak, że zostanę bez pieniędzy, bo sam będę musiał na nie czekać nie wiadomo ile. Nie znaczy przecież, że wszyscy. Nie ma się co oszukiwać, wśród zestawu cech sprzyjających sukcesowi w biznesie znajdziemy mnóstwo przynależnym zaburzeniom psychopatycznym. Są przedsiębiorcy, którzy nie płacą, bo mają taki kaprys. Są przedsiębiorcy, których nie obchodzi, co się stanie z ludźmi czy przedsiębiorstwami, którym są dłużni pieniądze. 

Osobowość psychopatyczna to oczywiście bardzo dobre wytłumaczenie dlaczego tak się dzieje. Ale ja mam inne. Przedsiębiorcy nie traktują swoich przedsięwzięć jako osobnego bytu, z którego czerpią pożytki według określonych zasad; przedsiębiorcy i udziałowcy traktują swoje przedsiębiorstwa jak prywatny folwark, gdzie wszystkie wypracowane środki „należą” do przedsiębiorcy. A polscy przedsiębiorcy to niestety często bardzo nierozsądni ludzie, którzy nie potrafią trzymać dyscypliny finansowej i uważają, że wszystkie ich wydatki i straty jakoś się pokryje.

Tu widzę jeszcze jedną szkodę poczynioną przez neoliberalną propagandę. Nikogo nie dziwi instytucja nadzoru właścicielskiego, wszystkich bardzo dziwi istnienie nadzoru pracowniczego. Przecież te znienawidzone związki zawodowe w przedsiębiorstwach są tylko po to, żeby naciskać przedsiębiorce na zwiększanie płac i rozszerzanie rozdętych przywilejów pracowniczych. Tyle mejnstrim. A jak może być w praktyce? Nadzór pracowniczy służy właśnie temu, żeby udziałowcy i właściciele nie mogli traktować przedsiębiorstw jako prywatnych folwarków. Aby uzyskiwane przez właścicieli pożytki były na rozsądnym poziomie, nienaruszającym bezpieczeństwa finansowego przedsiębiorstw. Aby ponoszenie ryzyka w przedsiębiorstwach nie było uznaniową decyzją właścicieli, gdzie ofiarami tych decyzji stać się mogą właśnie pracownicy.

Nie mam żadnej nadziei na obalenie ustroju kapitalistycznego, więc obstawiam, że należy grać według jego reguł. Kapitalizm jest ustrojem, w którym największą cnotą jest marnotrawstwo. Byleby dało się to marnotrawstwo opakować w wyniki finansowe. Muszą więc się tworzyć nowe interesy, muszą się zamykać, musi być przepływ hajsu, musi być święta wiara w to, że na koniec roku obrachunkowego strata będzie mniejsza niż zysk.

Chciałbym, żeby państwo, w którym żyje wsparło uśmiech swoich obywateli zwiększając kwotę wolną od podatków, żeby zwiększyło opcję konkurencji pomiędzy małymi przedsiębiorstwami a dużymi (oh hai, progresjo podatkowa, wzywamy cię na ratunek!), żeby umożliwiło łatwe świadczenie sobie mikrousług pomiędzy ludźmi. Nie mam fetyszu stuprocentowej efektywności, więc chciałbym na samym końcu, żeby państwo w którym żyje marnotrawiło pieniądze w sposób, który opłaca się obywatelom, a nie w sposób, który opłaca się kapitałowi.

A Jarosław Kurski może, bo jest blisko kapitału.