Ustalmy coś

Narcystyczna zjebka z Zawiercia, która po równo gardzi wszystkimi (powtarzam się, tak właśnie robią narcyzi), wice Elżbieta Gawin, nawet z ryja podobne, traktująca biednych jak Elmirka animki

Ilustracja
Obrazek poglądowy

łże o problemach na rynku pracy w Zawierciu, bo łganie jest domeną narcystycznych zjebów. Czemu to robi? Żeby móc z pozycji swojej moralnej wyższości gardzić całą resztą ludzi, co w jej ocenie są nad nią (a nie powinni, bo przecież żaden narcystyczny zjeb nie może sobie pozwolić, żeby ktokolwiek był nad nim). I nie, nie próbujcie jej tłumaczyć domniemanym FAS. To zawierciańsko-myszkowska NSDAPISTKA. Bezrobocie w zawierciu to 5.8%, do Warszawy jedzie się 1:47 (i to w pendolino, a nie że trzeba popierdalać pekaesem ze wsi), do Katowic, Dąbrowy Górniczej, Częstochowy, literalnie jakiegokolwiek miejsca w okolicy: w granicach 40 minut do 1:20 pociągiem, a samochodem (po całkiem niezłych drogach dozwalających na jazdę z prędkością do 120 kmh) nawet krócej.

Ale będziecie wierzyć tej zapowietrzonej szmaciurze, bo, podobnie jak ona, w dupie byliście, chuj (20 cm, ale cienki, redaktorze Dobski) widzieliście, nie rozumiecie Śląska i Zagłębia, więc łykacie pierdololo kompletnej kretynki, przemocowej homofobki, rasistki (aj, to klękanie obraźliwe dla białych) i co tam jeszcze sobie uznacie za wychodzące z jej zachowania.

Cóż, niczego lepszego się po was nie spodziewam.

Święty Gowinie od depresji leczonej szpitalnie, módl się za nami

którzy nie jesteśmy rządowymi spierdolinami moralnymi, którzy za lek opracowany w 1967 płacimy 249 zeta za opakowanie, bo polska tak świetnie radzi sobie z zapewnieniem opieki psychiatrycznej konserwatywnym chujkom, a całą reszte ma w dupie. Powtórzę raz jeszcze. Jarosław Gowin powinien dostać taką opiekę medyczną jak jakiś nastoletni pedał z Wąbrzeźna albo innej bruzdy w ziemi. Czyli powinien w przeciągu 5 lat, w obliczu braku jakichkolwiek szans na poprawę swojego zdrowia i na samodzielne życie – no co się robi, wszyscy wiecie, wszyscy macie na to wyjebane, ale będziecie się nad tym prostakiem roztkliwiać, że nie żartujmy z depresji. Żartujmy. To wielu z nas, w depresji, trzyma przy życiu, kiedy nie stać nas na ~200 zł za wizytę u szrinka i parę stów za (dla odmiany działające, więc nierefundowane) leki.

W sumie słusznie uznał TK że prawa człowieka nie są zgodne z polską konstytucją. Nie były zgodne za intelektualnego żula Rzeplińskiego – nie są zgodne dziś, i nigdy nie będą. Co zawdzięczamy właśnie wam.

Gońcie się, chuje.

Wołacz

W naszych fapcyrklowych kręgach Adaś był nazywany czasem Adaś nie pierdol.

Nie byliśmy nigdy deliaktni, lubimy udawaną szorstkość, która pięknie napędza nam flejmy, które z zewnątrz mogą wyglądać jak konflikty, ale są w zasadzie uroczym przekomarzaniem.

Spędziliśmy w tych internetach ze sobą lata albo i dekadę z hakiem. Byliśmy dla siebie rozrywką, ucieczką, drugim, a czasem i pierwszym domem w chwilach absolutnych fakapów, które były naszym udziałem.

Mieliśmy Adasia, który w tym wszystkim, z naszych zupełnie odczapistych relacji – robił literaturę. Piękne małe formy, w których nasz kontekst dostawał magii, walidacji i prawdy. Te prawdy, zmyślane, na użytek czystej radości były niezwykłe. Odnajdowaliśmy się w nich i cieszyliśmy się, że mamy swoje miejsce w realizmie, który przekracza granicę tymczasowości i reaktywności. Lepszej implementacji realizmu magicznego nie znajdziemy.

Dlatego ostatnie co mam do powiedzenia, to Adaś, nie pierdol. Lepszego realizmu magicznego nie znajdziemy.

Będzie nam ciebie ogromnie brakowało.

Puder cywilizacji zachodniej

Żyjemy w stanach lękowych, mam o tym notkę. Polska to Stany Zjednoczone Stanów Lękowych, zawsze tym były. I nikt z nas tego nie zmieni.

Ale żyjemy też w kulcie cargo. Dla większości, która się identyfikuje jako liberałowie, choć wcale nimi nie są, wartości i kultura cywilizacji zachodniej to tylko dekoracje. Stąd powstało określenie: libek. O tym, że liberalizm po polsku to w ogóle nie jest liberalizm, tylko konserwa – też mam notkę.

Lubię obserwować, jak z ludzi wychodzi to, czego wcale powiedzieć nie chcą. Taka jest przecież pierwotna definicja trollingu – sprawić, żeby druga strona (dla libków uproszczę, to jest to, co rozumiecie pod pojęciem oponent) przestała udawać.

I zupełnie przypadkiem stało się to dziś. Mój serdeczny współtwiterowicz oberwał takim oto oskarżeniem:

Dobrze, już dobrze, ale co tak zesłościło borsuka: Pan Żółty, zupełnie niewinnie napisał: „albo kiedy randomowy gej z którym pijesz piwo spontanicznie używa słowa „libki” i jest z automatu +10 do sympatii”.

No dobra. Czy ja mam jaja, czy jest na sali osoba kompetenta (osoba prawna, osoba fizyczna, osoba towarzysząca, osoba specjalna, widzicie, ten język neutralny jest z nami od tak dawna, że jest aż przezroczysty), żeby to stwierdzić.

Jest taka zasada, że nawet jak mówią o tobie źle, byleby nazwiska nie przekręcali.

Zaczynam się czuć jak ciekawostka anatomiczna, bo być może jestem pierwszą na ziemi pizdą z jajami. Oczywiście doceniam opinię, że jestem błyskotliwy.

W sensie co mam ci powiedzieć. Że smutno wygląda, jak dorosły człowiek wpada w histerię, bo ktoś parę linijek wcześniej uznał, że ma prawo do pozytywnej oceny kogoś, kto używa słowa „libek”?

Potem się libki dziwią, że się z nich śmiejemy.

Równość małżeńska*

*po polsku

kiedy udało nam się już zwalczyć najbardziej palący problem kompromisu aborcyjnego, okazuje się, że naturalne jest wprowadzenie równości małżeńskiej. My, polskie pedały, rozumiemy, że nie możemy liczyć, że rozmiłowani w bogu i prawie naturalnym współobywatele zgodzą się na małżeństwa homoseksualne od razu.

Dlatego postuluję, żeby równość małżeńską zacząć od zakazu rozwodów dla heteryków.

Powodzenia, pojeby!

Jak daleko sięga odpowiedzialność dewelopera i podmiotu odpowiedzialnego za aplikację.

Albo inaczej, jak sprawdzić, czy twoi klienci nie używają haseł, które ktoś im już podjebał, kont, które im już ktoś przejął.

Bardzo jara mnie cały GDPR i uważam, że jest to absokurwalutnie słuszna sprawa, że klient po pierwsze ma wiedzieć –  skąd, po co, gdzie, jakie i kto – o swoich danych w całym procesie obrabiania go przez aplikację/proces biznesowy (oh hai, pożegnajmy się z data hoardingiem, prawie 100% danych o klientach, ich zachowaniach, patternach – to śmieci), a po drugie ma prawo, żeby wszystko co nie jest super-istotne (lajk, faktura, deliwerka, posprzedaż) – szło do śmieci, po trzecie, ma prawo, żebyśmy dawali faka na takie sprawy jak – hm, a jak ktoś mi przejmie konto, i np. w ten sposób wyczai mój adres, telefon, i zacznie mi robić jakieś niesympatyczne rzeczy.

No i stąd moje zastanowienie, jakie inne metody poza np. sprawdzamie haveibeenpwned.com i np. opóźnianiem, deautomatyzowaniem, wymaganiem dodatkowych (co się jednak kłóci z ideą giedepeeryzmu) potwierdzeń tożsamości: należy stosować, żeby z jednej strony dać klientowi/użytkownikowi możliwość korzystania z przysługujących praw, a z drugiej, zabezpieczyć go przed tym, na co się pewnie już naraził milion razy.

I nie satysfakcjonuje mnie odpowiedź: dud, to nie jest deweloperska czy biznesowa odpowiedzialność. Bo jest.

nie mogę uwierzyć, że to nie jest masło!

jest taka marka margaryny, która się literalnie nazywa tak jak w tytule;

nie ma takiej opcji, żeby pomylić margarynę z masłem; a jednak, są ludzie, którzy wybierają margarynę;

tak samo jest z liberalizmem: to co teraz mamy i uważamy za liberalizm to liberalna margaryna, którą się handluje jako ekwiwalentem liberalnego masła;

jeśli nie masło, to co?

mamy ten zwiędły, bezpłodny, intelektualnie nieuczciwy margarynizm, który służy cholera wie komu (no, kapitałowi służy), ale czy maślany liberalizm jest o byciu na służbie kapitału?

bo przecież mówi się, że liberalizm to robienie laski bogolom, ma to przecież tyle samo sensu jak to, że lewica chce znieść własność prywatną i stworzyć społeczeństwo bezklasowe (nie chce, bo wie, że nie ma takiego);

a skoro jesteśmy przy klasach społecznych, to zauważmy o czym jest prawica i konserwatyzm: to są przecież durne rojenia o społeczeństwie dwuklasowym – my, robole; i oni – elita; dlaczego, jak pisze majorek, kaczyński uważa nas za głupich? dlatego, że w jego widzeniu świata jesteśmy po prostu mięsem do realizacji celów;

komu to jest potrzebne?

oczywiście, nie wiem dokładnie jakie te cele polityczne, społeczne, gospodarcze, militarne, tożsamościowe – są; ale wiem, że się zajebiście szybko zdegenerują do robienia laski wąskiej grupie posiadających to i owo (czy władzę, czy kapitał, czy się wymiesza, czy to ważne);

stąd też pytanie, komu jest potrzebny maślany liberalizm ma taką opowieść:

lewica nie jest wystarczająca do odpowiedzi na gruby przewał, jakim jest prawicowa degeneracja; częścią tej odpowiedzi, wynikającą z tego, że, duh, ludzie są różni, mają różne idee, potrzeby, wartości, wierzenia, przekonania, strachy; a jak są różni, to może najlepiej nawet, najsensowniej, najrozsądniej, najszerzej skrojony program lewicy zawsze przegra z tym, że ludzie nie będą mieć lewicowej tożsamości;

czekaj, chcesz powiedzieć, że

że np. są ludzie, którzy mają tożsamość liberalną, tylko że nie bardzo wiedzą co to oznacza, bo bardziej ją czują niż wiedzą, bo wiedzieć nie mogą, skąd się mają dowiedzieć, czym jest liberalna tożsamość, skoro dostają tylko wolnorynkowy szuryzm, albo jezukomuniz od gadomskiego, wielowieyskiej, lisa, kto tam jeszcze jest takim bzdura-libearłem;

i może, skoro mamy tych ludzi, co mają takie poczucie, że w środku to oni są za tym, żeby se każdy mógł w duchu decydować o sobie, żeby mógł maksymalizować swoje szczęście, żeby mógł sobie wypracować awans społeczny, samorealizację se zrealizować – to należy im dać jakiś

haha, neoliberalizm

aroganccy zakłódkowicze [hermetyczne]

prawdopodobnie nic ci nie przyjdzie z przeczytania tej notki, ale śmiało, kontynuuj;

dawno, dawno temu (no 10 lat w internecie to jest jak 70 lat temu), kiedy jeszcze świat wyglądał zupełnie inaczej, a wyobraźnie rozpalały idee digital transformation, startapów, serwisów społecznościowych i aplikacji mobilnych odzierających nas z prywatności – była sobie grupa ludzi na blipie; część tej grupy uformowała się poprzez komciowanie na blogach (tak przecież powstał, świeć panie nad jego duszą, #ttdkn), część po prostu siłą jakiejś dziwnej grawitacji do (wielu, niektórych; wspólnych(?)) idei, albo ku czystej zabawie, albo dlatego, że sprawiało im przyjemność flejmowanie, albo dla zabicia czasu;

istniał już przecież i miał się doskonale termin TWA – towarzystwo wzajemnej adoracji, ale był zbyt mało obraźliwy, więc to, co w ramach tej grupy robiliśmy, często porównywalne było do wspólnej masturbacji (por. circle fap, w kółeczku, wszyscy razem w jednym tempie); i to nas może nawet lepiej określało, bo przecież robiliśmy to z i dla przyjemności;

tak powstał termin: fapcyrkiel

blip, decyzją gadu-gadu został zamordowany i wcielony w mikroblog wykopu. i tak też powinien skończyć fapcyrkiel – rozpadło się przecież skupiające (nas, was, ich) medium;

ale, ale – tak się nie stało; coś-jakby-członkowie rozpierzchli się po miejscach w internecie, niektórzy wylądowali na blablerze, niektórzy poszli na twittera, inni przenieśli się na fb, jeszcze inni czaili się jak szpak na jebanie po slackach, hipczatach i innych dziwnych miejscach;

mamy 2020 i rzeczy są jakie są, nie ma się co obrażać, natomiast fapcyrkiel zaczyna wzbudzać niezdrowe emocje. skąd się biorą niezdrowe emocje? zazwyczaj z niezrozumienia; tak jest, życzę sobie sądzić, w tym wypadku;

oto fapcyrkiel to nie są grupy, czasem na siebie zachodzących, czasem się wykluczających, ale zawsze wolnych w swoim osądzie – ludzi; są jakimiś ludźmi, tu, na twitterze, którzy przekonani są o czymś; elita; z agendą;

co mnie, jako (współ?)twórcę terminu fapcyrkiel wcale nie dotyka, ale mnie dziwi;

niezrozumienie pierwsze: po co są kłódki na twitterze

kłódki na twitterze są po to, żeby sobie zapewnić bezpieczeństwo i higienę; bezpieczeństwo, przed kripami, którzy skrinują twity, głównie kobiet, a potem wykorzystują je do jakichś pojebanych gównoburz, do odzierania z godności, do wyśmiewania i bullyingu;

dla higieny, żeby można oddzielić się od niechcianego kontentu ludzi, którzy chcą zatruwać dyskusje; wrzucać treści, których nie chcemy, bo są głupie, bo są irytujące, bo są depresyjne;

kłódki nie są, jak chcą zwolennicy terminu „aroganccy zakłódkowicze” metodą segregacji na jakąś, przepraszam, muszę powstrzymać nerwowy śmiech, elitę, ludzi lepszych, intelektualnie dominujących i resztę; kłódki nie są o nich, one są o nas;

niezrozumienie drugie: medium nie jest masażem

przeciwnie do tego, w jakiej pozycji aroganckich zakłódkowiczów, fapcyrklowiczów, chce postawić – to nie chodzi o twittera; twitter wykorzystywany jest tu jako protokół; organizuje nam wymianę treści, obrazków, archiwum, tych, których chcemy mieć, tych których chcemy widzieć, tych, których widzieć absolutnie nie chcemy; mogłaby to być lista mailingowa, kanał na ircu. no ale wyszło tak (z samoorganizacyjnych zdolności grup, które jakoś składają się na to, co z zewnątrz bierze się za fapcyrkiel), że jest twitter; ale to, że jesteśmy na twitterze nie jest o twitterze, jest o nas;

niezrozumienie trzecie: homo znaczy człowiek a genicznie to genicznie

jedną z w chuj ważnych rzeczy, która umożliwiła fapcyrklowi (ktokolwiek się na niego składa) przetrwanie utraty medium, które skupiało go ~10 lat temu – to to, że nie jesteśmy jakąś konkretną grupą ludzi; ktokolwiek stanowi fapcyrkiel nie jest przedmiotem debat czy decyzji jakichś komitetów, ale wyborów każdego, kto gdzieś tam się jakoś, z różnych powodów, przyplątał; stąd nie istnieje jakiś jeden, wspólny, powszechny, apostolski fapcyrkiel; nic nie stoi na przeszkodzie, żeby sobie mieć różne, swoje; nikt nikomu nie nakazuje się lubić, obserwować, blokować; bo, co już wiemy, nie jest to homogeniczne, zorganizowane, ustrukturyzowane środowisko;

niezrozumienie czwarte: twoje granice to moje granice, ale moje granice to moje granice

nikt kto jest w jakiś sposób w tym czymś, co dla uproszczenia, nazywam tu fapcyrklem, czymś, co nie pojawia się jako poważna idea, tylko jest w zasadzie żartem ze wspólnej masturbacji na blipie, czymś, co zupełnie poważnie nazywane jest fapcyrklem przez ludzi, którzy mają jakiś, dobry borze, wybacz mi że to napiszę – ból dupy, że się nie znaleźli po rzekomo właściwej stronie kłódki – nikt, powtarzam to raz jeszcze: nie jest winny nikomu nic; to, że jesteś na twitterze nie oznacza, że jesteś winny dawać innym osobom dostęp do treści, które tworzysz; nic wam się nie należy od nas i od innych, którzy, z różnych powodów, wybrali, że jednak kłódka;

wolne wnioski:

jedyne, co mnie w [raczej smutnej konieczności zakłódkowania się przez tak wiele osób] drażni, to to, że dla wielu osób system kłódek stanowi barierę, zrozumiale trudną albo jakoś-niemożliwą do przejścia, i to sprawia, że izolujemy się od ludzi, z którymi jednak moglibyśmy się podzielić;

to nie jest nic przyjemnego czytać dyskusję, która mogłaby być ciekawa, albo zabawna, kogoś, kogo lubisz, kogo obserwujesz, tylko po to, żeby większość takiej rozmowy wyglądała jak [redacted]

ale nie mam tu dobrego rozwiązania i jest mi przykro