Ogrodzenie memetyczne

Miasto jako ogrodzenie to zajebiście stary pomysł. Jako że dziś trudno pierdolnąć mur i fosę – trzeba szukać nowych pomysłów. Jako że wszystko już było (oprócz teraźniejszości – nikt nie daje faka na recentywizm) – najlepiej skorzystać ze sprawdzonych pomysłów i odgrodzić się memetycznie.

Miasto jako idea (również polityczna) działa tak, że miesza ich i tamtych. Co jest dobre, kropka. Ale zawsze pojawi się ktoś, komu wtem! nahle! neocekivanó! dojdzie pod dekiel, że jest jakaś inna metoda na odgrodzenie się od tamtych – przyjezdnych, mieszkających po złej stronie (no bo po co innego się brukiew grodzi w tych swoich osiedlach?).

Miasto to rzeczy wybieralna. Wybiera się je z różnych powodów: kaprysu, turystycznych wyobrażeń, pracy, łatwości przemieszczania się, czy co tam komu bije w serduszku. Zawsze jest mi trochę przykro, kiedy słucham o ludziach, którzy w jednym miejscu spędzili całe swoje życie. No bo jak to? Nigdy nie musiałeś się uczyć nowych ulic, nowych miejsc, metod na zmontowanie żarcia po 24? Nigdy nie budowałeś od nowa sieci kontaktów?

To się potem trochę mści: człowiek się zatrzaskuje w lokalnych podnietach i przychodzi mu łyknąć mem, że jego miasto jest jego i jemu podobnych. Kiedy to oczywiście gównoprawda.

Miasto należy do tych, którzy miastem potrafią się cieszyć. Tak codziennie, bez rozbudowanego folkloru i bez memetycznego ogrodzenia: ogrodzenia, które chcą stawiać ludzie, którzy definiują się przez to, gdzie się urodzili. To głupie z wielu powodów: rodzisz się w PRL, w między czasie trafiasz w III RP, stajesz się tru-europejczykiem, trafiasz na moment do IV RP, znów wracasz do III, zmieniają granice administracyjne, lądujesz w innym województwie – to wszystko bez ruszania się z miejsca.

Prymitywne grodzenie się biedakulturą i sentymentem jest absolutnie bez sensu. Miasto to wysiłek. Wspólny.

Kiedy przychodzi jakiś koleś i mówi podkreślmy odrębność naszej grupy – dostaję uogólnionego kurwaco. Niby nie ma żeny, ale widać spięte poślady. A przecież nie o tym jest Miasto.

Advertisements

56 thoughts on “Ogrodzenie memetyczne

  1. @czescjacek

    „Nie no, jak nie ma żeny, właśnie sobie przed chwilą u MRW puściłem i jest żena jak JP2.”

    100% racji, Panie Redaktorze.

  2. Ale przecież on zaproponował nie na poważnie, w formie żartu takiego. A w tym teledysku pewnie więcej słoików niż rodowitych warszawiaków. Zresztą Fibak.

  3. @bart
    „A w tym teledysku pewnie więcej słoików niż rodowitych warszawiaków”
    Grupę od wypierdalania z Warszawy też założył przyjezdny.

  4. @czescjacek
    „Brak estetyki nie jest konieczny do zaistnienia żeny!”

    W tym akurat wypadku – jest na tyle przyzwoicie, że nie żenuje. Bucerą jest – o czym za chwilę.

    @bart
    „Ale przecież on zaproponował nie na poważnie, w formie żartu takiego. ”

    Ten żart nazywa się „nasz obcy” – możemy sobie nienawidzić jakiegoś pedała, ale jak przyjdą po niego obcy, to się okazuje, że to nasz pedał. Och, to chyba nawet w jakimś filmie było.

    @Tomash
    „Eli ma butthurt”

    No właśnie nie mogę mieć, bo jakbym miał, to bym se wybrał miasto bez butthurtu.

  5. Grupę od wypierdalania z Warszawy też założył przyjezdny.

    Ale jest różnica między sianiem nienawiści przez debili a sprytnie wymyślonym, niskobudżetowym teledyskiem, w którym goście bawią się przerabianiem piosenek podwórkowych na electro czy inne chujwico. Nie dostrzegając tej różnicy, zachowujemy się dokładnie tak samo jak ci moi znajomi na Fejsie, którzy najpierw zapisali się do grupy „Jak ci się nie podoba, to wypierdalaj”, a później rozsyłali sobie tubkę Projektu Warszawiak z jakimś szowinistycznym przytupasem w dopisku.

  6. @bart
    „a sprytnie wymyślonym, niskobudżetowym teledyskiem, w którym goście bawią się przerabianiem piosenek podwórkowych na electro czy inne chujwico.”

    Dlatego mówię, że nie żena. Po prostu *meh* – tyle, że niedaleko do bucery „nasz obcy”.

    No i: proszę was, jedyna grupa z jaką mogę się utożsamiać to TTDKN. Głównie dlatego, że nie istnieje.

  7. @czescjacek
    „Grupę od wypierdalania z Warszawy też założył przyjezdny.”

    Ominęła mnie ta historia (znaczy nawet nie klikałem do grupy o takiej nazwie) — to autentyk?

    @eli
    „Dlatego mówię, że nie żena. Po prostu *meh* – tyle, że niedaleko do bucery „nasz obcy”.”

    Mi się podoba, chociaż nie jestem zbyt zanurzony w warszawskości.

  8. @Nie dostrzegając tej różnicy, zachowujemy się dokładnie tak samo jak ci moi znajomi na Fejsie

    Dlaczego mam być ironiczny w postironicznych czasach?

  9. „Miasto to wysiłek. Wspólny.”

    Miasto — to nasz wielki zbiorowy obowiązek.

    Kto przerobił w życiu więcej niż trzy miasta (w sensie, dłużej niż rok), ręka w górę.

  10. @Kto przerobił w życiu więcej niż trzy miasta (w sensie, dłużej niż rok), ręka w górę.

    No ja w sumie.

  11. @ztrewq
    Kto przerobił w życiu więcej niż trzy miasta (w sensie, dłużej niż rok), ręka w górę.

    A to jakis konkurs jest? I czy będą dodatkowe punkty za rozrzut geograficzny? Bo jak tak, to się zgłaszam.

  12. @JCW
    „A to jakis konkurs jest?”

    Nie. Tylko jakby na pewnym etapie taki tekst jak ten powyżej jest już irrelewantny. Wszystkie miasta widzi się niejako „z zewnątrz”, bo człowiek się już do nich nie przywiązuje. Nie mogę już powiedzieć o X, że to moje miasto (bo to było X sprzed dwudziestu lat), ani też o żadnym z pozostałych miast, w których kiedyś mieszkałem. Miasto — w jakimkolwiek sensie innym niż „teren zabudowany” — nie istnieje.

    I nie ma nowych ulic, wszystkie są takie same (tylko czasem brzydsze). A już tym bardziej ludzie.

  13. @Wszystkie miasta widzi się niejako „z zewnątrz”

    No, to moje wewnętrzne zwierzątko ma coś z chomika: kumuluje sobie „swoje” miasta, a przynajmniej niektóre.
    Moje X sprzed dwudziestu lat nadal jest moje, co czuję po tym jak mnie boli gdy widzę co się z nim w ostatnich kilku stało (i, że Eli ma rację co do niego*).
    Moje Y sprzed siedmiu lat jest jeszcze nadal blisko i ciągle żywe. W końcu tam się urodził mój pierwszy syn.
    Moje aktualne Z jest… no po prostu moje i to z każdym dniem bardziej.
    Tylko V sprzed lat pięciu nie jest moje. Bo to sypialnia pod Rotterdamem i wogle pomyłka.

    To rzecz jasna tylko subiektywne spostrzeżenia. Tak samo subiektywne jak stwierdzenie o braku przywiązania.

    (*) Tak, jestem z Łodzi…

  14. @JVC
    „To rzecz jasna tylko subiektywne spostrzeżenia. Tak samo subiektywne jak stwierdzenie o braku przywiązania.”

    No jasne, że subiektywne. U mnie wygląda to tak, że najpierw byłem przywiązany do X; potem znakomicie czułem się we wszystkich miastach, wszędzie byłem u siebie. Teraz czuję się jednakowo obco wszędzie, gdzie mieszkam. Nie wiem, czy to starość, czy pewien etap rozwoju.

  15. @Teraz czuję się jednakowo obco wszędzie, gdzie mieszkam.

    Może to kwestia bycia ckliwym mazgajem (moi). Na starość podobno człowiek się robi memła, więc trzymam kciuki, za to że jeszcze gdzieś poczujesz się swojsko (niezależnie od tego, że pewnie teraz wcale ci tego nie brakuje).

  16. Ja już się nawet nie będę wypowiadał o implikacjach kulturowych, że ksenofobia, agresja, chujemujedzikiewężepytongi. Ja po prostu powiem, że ten kawałek, i teledysk zresztą też, jest chujowy jak barszcz z kartonu, bez uszek.

  17. „To się potem trochę mści: człowiek się zatrzaskuje w lokalnych podnietach i przychodzi mu łyknąć mem, że jego miasto jest jego i jemu podobnych.”

    Mści się na przyjezdnych, bo miejscowi zakładają głupie grupy na fejsie.
    Moi rodzice byli przyjezdni w moim rodzinnym mieście, potem ja zawsze byłam przyjezdna. Trochę zazdroszczę, że nie mam jak łyknąć mema, że jakieś miasto jest moje od trzech pokoleń, po dziadkach, prababkach itp.

    @Czescjacek
    „No ba! Nawet tam trolowałem”

    Wielu moich znajomych z Warszawy było w tej grupie i to na serio. Ktoś mi nawet wysłał przez przypadek zaproszenie.

  18. Więc ja na przykład jestem całe życie związany ze stolycą – przyjezdni byli z jednej strony dziadkowie, z drugiej pradziadkowie. Przeżyli Powstanie, bo z Powstaniem jak z Holocaustem, jednak nie wszyscy zginęli, czasem do ocalenia wystarczyło w odpowiednim momencie być po drugiej stronie mostu, czasem leżeć nieruchomo pod stosem trupów. Lubię się uczyć w obcych miastach nowego rozkładu ulic i odkrywać nowe knajpy, ale to są dla mnie zawsze obce miasta. I dobrze mi w nich, zapewne dlatego, że unikam nadmiernej egzotyki.

    Absurdem jest jednak niedostrzeganie tego, że miasta mają (miewają) swoją specyfikę. W „Jeżu Jerzym” mamy wzmiankę o Krakowie, na użytek której stworzono specjalną piosenkę krakowską pt. „Pytasz czemu płaczą”, coś jakby mieszanka Dezyderaty i Andrzeja Sikorowskiego. Bardzo fajny dowcip. No bo jednak jest coś takiego w Krakowie, że tylko u nich możliwa jest Piwnica pod Baranami. W Warszawie, na szczęście, nie do pomyślenia.

  19. O… o… odpierdolcie się od Krakowa. To naprawdę fajne miasto jest.

    A w więcej niż trzech miastach mieszkałem na ten przykład ja: Lyon, Tokio, Łódź, Kraków i jeszcze jedno, którego z tych czy z innych względów tu nie wymienię. Jeśli liczyć trzy miesiące jako mieszkanie (dla mnie czas minimum na poznanie nowego miejsca jako tako) to jeszcze Paryż, Dallas, Valladolid, Warszawa.

    Beat that, I dare ya.

  20. @Barts
    O… o… odpierdolcie się od Krakowa. To naprawdę fajne miasto jest.

    Zapomniałeś użyć modusa irrealisa.
    Kilka fajnych osób nie zdoła ufajnić stajni Lajkonika.

  21. „I can’t tell you what the matrix is.”
    You have to see it with your own eyes. Indeed.

    „Kilka fajnych osób nie zdoła ufajnić stajni Lajkonika.”
    Ale tu jest dużo fajnych osób. I rzeczka taka ładna. I zamek. I multum fajnych klubów, kafejek, restauracji, barów, knajpek i zaułków. A krakowskie lampucery, well, są, ale wy w Warsiawie macie swoje własne lampucery.

  22. @Barts:
    „Ale tu jest dużo fajnych osób. I rzeczka taka ładna. I zamek. I multum fajnych klubów, kafejek, restauracji, barów, knajpek i zaułków.”

    No pewnie. Jak ktoś ma ochotę, to znajdzie sobie fajną specyfikę nawet w Krakowie czy Warszawie. Generalizujące stwierdzenia na temat dużych miast są tym głupsze, im bardziej ostro sformułowane. Ale tego nie rozumie dajmy na to Warszawiak (Krakowiak, Wrocławiak), który poza krótkimi epizodami nigdy poza swoim miastem nie mieszkał.

    Rozumiem, że można nie lubić małego miasta — bo w małym mieście ma się zazwyczaj mały wybór. Rozumiem, że można oceniać miasto pod kątem infrastruktury, estetyki i administracji publicznej, albo niszowych zainteresowań (typu góry albo morze albo kuchnia baskijska). Ale jeśli miasto jest duże, i twierdzisz, że miasto jest niefajne (bo ludzie, bo „specyfika”), to znaczy, że to Ty sobie *tych* ludzi i *tego* wycinka miasta nie umiesz znaleźć i to już Twój problem. (Z równie niemądre uważam twierdzenia typu „Paryż/Berlin/Nowy Jork/Madryt to wspaniałe miasto”, bo cóż to znaczy).

    Natomiast jestem entuzjastą hejterzenia małych miasteczek i podmiejskich domków.

    @wo:
    No to co, mały flejmik o Krakowie? Z góry zastrzegam, że Kraków jest teraz dla mnie obcym miastem, nawet rodziny już prawie tam nie mam, tak że raczej tam nie bywam — i mało ognia mogę wykrzesać.

    Zaczynamy: To Warszawka (as in towarzystwo, które zabrało się za robienie telewizji z początkiem lat 90′) wypromowała te zawodzenia Sikorowskiego i Turnaua (Piwnica wypromowała Demarczyk, kto nie lubi Demarczyk ten jest złamas). Za czasów, gdy „Piwnica” była w Krakowie już na topie, żadnego z nas — Turnaua, Ciebie ani mnie — nie było jeszcze na świecie.

    Turnauowo-zaczarowanodorożkowa specyfika Krakowa jest takim samym konstruktem literackim czy może memetycznym jak to, że Paryż to miasto zakochanych albo Berlin miasto singli. Na litość, to duże miasta, nawet ich dzielnice nie mają spójnej specyfiki. No, nie oczekuję, że ktoś, kto w życiu nie zmienił stałego miejsca zamieszkania jest w stanie coś takiego dostrzec: turyści zazwyczaj widzą tylko powierzchownie, na dodatek w świetle swoich uprzedzeń. Jak kilka miast zaliczysz, to będziesz widział, jak mało wyjątkowe jest to, co kiedyś uważałeś za swoje miasto.

    Ale że w Warszawie nie do pomyślenia było, żeby w środku stanu wojennego robić sobie z niego jaja (zamiast z bogarodzicą na ustach rzucać się gołą piersią na bagnety czy co tam w Warszawie uchodziło wtedy za rozrywkę) to ja oczywiście wierzę. Sam fakt, że w Krakowie nie było Powstania dobitnie świadczy o jego wyższości.

  23. @ztrewq
    „No to co, mały flejmik o Krakowie?”

    Ciężka sprawa, bo za bardzo się zgadzamy. Chodzi przecież nie o Kraków jako o konkretne miejsce zdefiniowane ramami administracyjnymi, ale właśnie o medialne simulacrum. Zgoda, zapewne wykreowane przez inne simulacrum, czyli Warszawkę.

    „No, nie oczekuję, że ktoś, kto w życiu nie zmienił stałego miejsca zamieszkania jest w stanie coś takiego dostrzec:”

    Przecież to właśnie najlepiej widać z pozycji podróżnika. Stary, książkę napisałem o tym, jak się pruje przez miejsca (w zasadzie) prawdziwe, porównując je do popkulturowych simulacrów.

  24. „Stary, książkę napisałem o tym, jak się pruje przez miejsca (w zasadzie) prawdziwe, porównując je do popkulturowych simulacrów.”

    Oj, no przecież flejma usiłowałem rozdmuchać. Choć w sumie mógłbym się uczepić różnicy między „podróżnik” a „turysta”. Jak ktoś jedzie do Paryża (czy Krakowa) żeby z bliska obejrzeć swoje simulacrum, to je znajdzie; pójdzie w Krakowie na jakiś szoł wzorowany na programach telewizyjnych o Piwnicy, usiądzie w zwisie obok spiżowego pomnika itd. (cała formuła programu „Pieprz i Wanilia” na tym polegała: żeby filmować słynne atrakcje turystyczne).

  25. @ztrewq
    ” Choć w sumie mógłbym się uczepić różnicy między „podróżnik” a „turysta””

    Prawdę mówiąc, nigdy jej do końca nie rozumiałem, wytworzyły mi się złe konotacje, że osoby przywiązane do tej różnicy to osoby szukajace celowo złych warunków noclegu i podróży, żeby przeżyć prawdziwe „niedźwiedzie mięso”, jak mawiali bohaterowie nie pamiętam już kogo. Podoba mi się parodia takiego podejścia do podróżowania w postaci Philipa Miseree, fikcyjnego autora fikcyjnej książki „Unecessary Tough Travel”:

    http://wo.blox.pl/2008/07/Your-own-personal-Hugo-Bader.html

  26. Ztrewq wygrywa internetsy, bo napisał wszystko to co ja bym napisał, w dodatku ładniej. Zwłaszcza kawałki o tym, że jeśli ktoś nie mieszkał w kilku miejscach dłużej, to nie zrozumie tej różnicy (całkiem fajnie o podbijaniu nowego miasta pisał też blindlibrarian u mrw, podpisuję się pod tym).

    Żeby poznać jakieś miejsce, trzeba tam pomieszkać. Nie być turystą, nie być na chwilę, tylko przez dłuższy czas sobie je pooswajać. Znaleźć lokal tylko dla miejscowych, rozgryźć plan metra i sztuczki „przez zaułek Melassy na Broad Way”, zakolegować z ziomkami z bloku/ulicy/pracy, zaprzyjaźnić ze sklepikarzem na rogu, namierzyć fajny sklep z komiksami, piwopój i może jeszcze jakiś zakątek gdzie można zabrać dziewczynę.

    Jeśli mieszka się całe życie w jednym mieście, tego się nie robi. Jeśli się człowiek przeprowadza, to uczy się jak to robić. Jeśli zaś przy okazji zmienia kraj i kulturę, a potem zabieg powtarza, well, jest tak jak mówi Ztrewq – perspektywa się zmienia. Nagle okazuje się, że swój kawałek przestrzeni i niszę towarzyską można sobie wykroić prawie wszędzie na tej planecie, czy to w Tokio, czy to w Krakowie. Ba, nawet w tej okropnej Warszawie, co to jej słoiki tak nie znoszą.

  27. @Barts
    ” zakolegować z ziomkami z bloku/ulicy/pracy, zaprzyjaźnić ze sklepikarzem na rogu”

    Przypomniała mi się rozmowa z jednym warszawiakiem z dziada pradziada, który przekonywał mnie całkiem niedawno, że „nie zrozumiem Warszawy, dopóki nie poznam Prawdziwych Warszawiaków”. A ja nie potrafiłam mu skutecznie wytłumaczyć, że poznawanie ludzi tylko dlatego, że urodzili się i mieszkają w jakimś miejscu, uważam za stratę czasu, bo ja w ogóle nie cierpię poznawać nowych ludzi, wyrwanych z kontekstu, mieszkających za rogiem.

    „jeśli zaś przy okazji zmienia kraj i kulturę, a potem zabieg powtarza, well, jest tak jak mówi Ztrewq – perspektywa się zmienia. Nagle okazuje się, że swój kawałek przestrzeni i niszę towarzyską można sobie wykroić prawie wszędzie na tej planecie”

    Zdolność czerpania radości z adaptowania się w nowym miejscu, to cecha osobnicza, a nie skutek częstej zmiany miejsca zamieszkania. Ja z tego nie mam frajdy, a mieszkałam w kilku miejscach, w tym w Japonii, której odmienność kulturowa mnie zwyczajnie zmęczyła. Więc nie uważam, że żyjąc całe życie w jednym (fajnym) miejscu, coś się koniecznie traci.

  28. @LadyGaga
    „Zdolność czerpania radości z adaptowania się w nowym miejscu, to cecha osobnicza, a nie skutek częstej zmiany miejsca zamieszkania. ”

    Być może, ale jednak mieszkanie w różnych miejscach poszerza horyzonty. Serio, ja uważam że Sokrates Erazmus to dobrodziejstwo Unii Europejskiej – każdy chociaż raz w życiu powinien pomieszkać poza swoim podwórkiem, nasiąknąć trochę innym zestawem memów, zobaczyć, że są inne sposoby na życie niż Polak-katolik ($insertYourDefaultMemeHere).

    „vA ja nie potrafiłam mu skutecznie wytłumaczyć, że poznawanie ludzi tylko dlatego, że urodzili się i mieszkają w jakimś miejscu, uważam za stratę czasu, bo ja w ogóle nie cierpię poznawać nowych ludzi, wyrwanych z kontekstu, mieszkających za rogiem.”

    A to już w ogóle głupie jest. Poznawanie innych ludzi, zwłaszcza z innych kręgów kulturowych, kontekstów, miejsc jest bardzo ciekawe i pouczające.

  29. @Barts
    „Poznawanie innych ludzi, zwłaszcza z innych kręgów kulturowych, kontekstów, miejsc jest bardzo ciekawe i pouczające.”

    No, ale nie każdy musi być od razu Hugo-Baderem. O narkomanach z Centralnego wolę sobie na przykład poczytać, choć poznanie ich byłoby na pewno ciekawe i pouczające. Oraz: jeśli nie mam przyjemności z poznawania pani Japonki z warzywniaka pod domem, to nie zacznę się do tego zmuszać, w imię Poznania, bo mam dość oleju w głowie, żeby nie marnować czasu na coś, co mnie nie interesuje.

  30. @Gaga
    Nie no, jasne, nie za wszelką cenę, ale kurka, semestr Sokratesa bardzo dobrze robi naszym studentom. Ja też nie jestem Hugo-Baderem, ale to ekstremalny przykład.

  31. @mrw
    Pochody bydła w szalikach jak były derby, chamskie napisy na murach, ale tak żeby mnie ktoś obił, pogroził czy coś nie było. W Łodzi jest gorzej. Znacznie gorzej.

  32. @Barts
    „Nagle okazuje się, że swój kawałek przestrzeni i niszę towarzyską można sobie wykroić prawie wszędzie na tej planecie, czy to w Tokio, czy to w Krakowie.”

    No więc ja to umiem i bez przeprowadzania się.

  33. @wo
    „No więc ja to umiem i bez przeprowadzania się.”

    Ale jak w Warszawie mieszkasz od dziecka, to jakby trochę co innego, niż jak dokonujesz desantu na obce terytorium.

  34. @Barts

    „Serio, ja uważam że Sokrates Erazmus to dobrodziejstwo Unii Europejskiej – każdy chociaż raz w życiu powinien pomieszkać poza swoim podwórkiem, nasiąknąć trochę innym zestawem memów, zobaczyć, że są inne sposoby na życie niż Polak-katolik ”

    Pelna zgoda, ale sam wyjazd niczego nie zalatwia, trzeba wyjazdowicza odpowiednio przygotowac i poddac indoktrynacji politpoprawnosciowej. Pare lat temu naiwnie myslalem, ze fala emigracji zarobkowej do UE i kontakt z zywymi przedstawicieli negatywnie stereotypizowanych w Polsce kultur i ras zlagodzi te uprzedzenia. Jakze sie mylilem! buc jedzie do UK/Irlandii/Holandii, patrzy na wszystko przez pryzmat swojej bucerii, i tylko sie utwierdza w swoich uprzedzeniach. Przeciez byl, widzial i wie.

  35. @Barts
    „Sokratesy, Erasmusy”
    Ale Sokratesy i Erasmusy uczą życia w równym stopniu, co obozy harcerskie. Jak siedzisz na stypendium zagranicznym, to ani nie poznajesz kultury biznesowej, ani prawdziwych relacji społecznych, bo wszyscy są dla Ciebie mili i Cię lubią, a kasa sama spływa na konto co miesiąc.
    Oczywiście fajnie jest jeździć na wycieczki i stypendia, bo to ciekawe i daje słodkie przeświadczenie, że poza_Polską_żyje_się_lepiej.

  36. „spotkałeś się w Krakowie z przejawami kibolstwa?”

    Kiedyś dostałem pistoletem w głowę na Plantach, miałem pecha, bo był jakiś zlot nazioli. Nie wiem czy się liczy, bo szalików nie pamiętam, chyba, że mieli schowane pod kurtkami.

  37. @Królik
    Przyznam, że o tym nie pomyślałem. Niemniej jednak intuicyjnie wydaje mi się, że wymiana studentów (zanurzenie w środowisku akademickim, inni studenci, kontakty), to trochę co innego niż turystyka zarobkowa LC (zmywaki i budowy, etc.).

    @LadyGaga
    „Sokratesy i Erasmusy uczą życia w równym stopniu, co obozy harcerskie.”
    Przyznaj się, nigdy nie byłaś na takim wyjeździe? Bo gdybyś była i wiedziała ile rzeczy trzeba pozałatwiać, za iloma trzeba się nabiegać, to nie pisałabyś takich głupot. No chyba że wyjątkowym fartem trafiłaś na taki właśnie wjazd de luxe, nic nie robić, a kasa leci – ale wtedy to był wyjątek, a nie reguła.

  38. @Barts
    Kurcze, no sorry, za czym trzeba się tak strasznie nabiegać na Erasmusie? Może mnie po prostu oświeć, to dowiem się, co dla Ciebie stanowiło trudność. Za wpisami od wykładowców i trzema świstkami potwierdzającymi zaliczenie programu? Że trzeba sobie znaleźć bibliotekę i stołówkę i dowiedzieć, gdzie płacić za akademik?
    A kasa faktycznie sama spływa na konto, bo twoja uczelnia ma podpisaną umowę z Agencją Narodową i przesyła Ci regularnie stypendium; nie chodzisz do pracy, gdzie szef od Ciebie czegoś wymaga i odpowiadasz za spapraną robotę przed klientem i kolegami, masz tylko chodzić na uczelnię i zaliczać przedmioty, to dla człowieka o przeciętnym IQ wykonalne. Znałam i takich poniżej przeciętnego, co dawali radę.
    Za studenta podstawy załatwia uczelnia: umowę programową, różnice. Nie róbmy ze stypendium jakiegoś survivalu, bo to bzdura. Każdy człowiek, który przeniósł się z Pcimia do Warszawy na studia też musi sobie kilka rzeczy w nowym miejscu pozałatwiać, stypendium na starcie nie dostaje, a nie znam nikogo, kto by wypłakiwał rzekę, że to było takie strasznie trudne i w ogóle.

  39. @Barts

    „Niemniej jednak intuicyjnie wydaje mi się, że wymiana studentów (zanurzenie w środowisku akademickim, inni studenci, kontakty), to trochę co innego niż turystyka zarobkowa LC (zmywaki i budowy, etc.).”

    Tzn. moje obserwacje byly takie, ze koledzy prawicowcy wyjezdzali do Francji/Niemiec na stypendia i wracali z opowiesciami o tym jaki w tym zachodnim socjalizmie balagan i polityczna poprawnosc. Widzieli to co im Ziemkiewicz powiedzial, ze zobacza. (Pytanie, czy warto w ogole marnowac na takich mlotkow publiczne stypendia, no ale co ja na to poradze.)

    ALE: dla czlowieka wahajacego sie pomiedzy prawicowa buceria a TTDKN, wyrwanie go z zapyzialego polskiego srodowiska akademickiego moze byc zbawienne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s