Przygody supersymetrystów w świecie asymetrii

W świecie, w którym prawda leży po środku, należy wysłuchać i rozważyć racje obu stron, najlepiej mają się supersymetryści.

Dyskretny urok podobieństw

Dysklejmer: ssam palucha, jeszcze mnie nie popieprzyło totalnie, żeby spędzać urocze jesienne wieczory not na zerkaniu w uczone papiery, produkowane przez ludzi zajmujących się nienauką. Wolę sobie ponapieprzać z siostrą w Starcrafta.

Dla supersymetrysty symetria pojawia się wszędzie tam, gdzie występuje jakieś podobieństwo. O, np. na rynku pracy: i pracodawcy i pracobiorcy poruszają się na rynku pracy, więc ich sytuacje stoją po dwóch stronach. Tylko nie.

Istnieje jakieś przeświadczenie, że pomyślność przedsięwzięć bierze się z sumy wysiłku jednostek w przedsięwzięciu uczestniczącym. Stąd dla pomyślności przedsiębiorstwa wymagane jest, by: i tu gryzę się w język, chcąc napisać uczestnicy przedsiębiorstwa, kiedy wiadomo, że nie uczestnicy; to pierwszy moment kiedy próba skonstruowania poprawnej symetrii dotyczącej stosunków pracodawcy z pracobiorcą się rozpada; ale wracając – dla pomyślności przedsiębiorstwa wymagane jest, żeby pracownicy byli produktywni.

Nawyobracana pod deklami różnych domo- i szkoło-rosłych specjalistów od nienauk niewinna produktywność, wydajność pracy, czyli ilość hajsu zusammen w przeliczeniu na pracownika zamienia się w okrutny terror produktywności. Terror ten polega na odwróceniu kierunku: spodziewana ilość hajsu ma wynikać wprost z jakiejś „wydajności” pracownika (gdzie teraz wydajność okazuje się być pojęciem-wydmuszką, nie mówiącą zupełnie niczego). Okraszę to anegdotką: to tak jakby woźnica przewożący wongiel miał za niego dostać więcej, im bardziej zmęczy się koń.

Oczywiście, anegdotkę można rozwinąć, że przecież im więcej wongla się naładuje na wóz, tym koń bardziej się zmęczy, haha, właśnie unieważniliśmy twoją biedaanalogię, tylko nie. I tu dochodzimy do podstawowego problemu zarządzania obciążeniem. Zanim o zarządzaniu obciążeniem, należy przypomnieć istnieniu dwóch, niekonkurujących ze sobą opowieści:

  • pierwsza opowieść mówi nam, że efekty z pracy zależą od indywidualnej pracowitości;
  • druga opowieść mówi nam, że efekty z pracy nie zależą od pracowitości, lecz od jednostkowego sprytu, który albo pomysł, albo obszar działalności;
  • opowieści te funkcjonują obok siebie i mają dwa poważne problemy: po pierwsze są nieprawdziwe, po drugie są prawdziwe lokalnie. Oczywiście, są ludzie, których efekty pracy są zależne od ilości i jakości pracy, jaką włożą; są ludzie, których jednostkowy spryt („szczęście”, pomyślne zbiegi okoliczności również) pozwoliły na realizację pomysłu czy funkcjonowanie na obszarze, który przy niskich nakładach ilości i/lub jakości pracy przynosi efekty. Tu jeszcze należy wspomnieć, że efekty pracy niekoniecznie muszą oznaczać wydajność pracy w jej rozsądnym ujęciu: są przecież rozliczne rodzaje działalności ludzkiej, które są niczym innym jak kosztem dla działalności przedsiębiorstwa. Zarządzanie obciążeniem w obszarach, gdzie efektywność nie przekłada się na dochody, wraz z paranoją maksymalizacji zysków przekłada się więc na pompowanie wydmuszki produktywności. Mamy również silny ślad, że efektywność pracy niekoniecznie musi przekładać się na wydajność pracy.

    Wracając do samego zarządzania obciążeniem: wydaje się rozsądne, że wykorzystując całą zdolność produkcyjną pracownika działamy na korzyść maksymalizacji zysków. Co oczywiście byłoby sensowne, gdyby istniała wspomniana na początku symetria i pracownicy byliby uczestnikami przedsiębiorstwa. W praktyce jednak (mojej własnej, anegdotycznej, możecie się podzielić swoimi doświadczeniami w komciach) wszelkie zarządzanie obciążeniem sprowadza się do przeładowania pracownika i zaskakującej pointy. Zanim ona – anegdotka dla neoliberololo skrzywionych okołoinformatycznych, serwerowych, i co tam jeszcze: czy jak na jeden serwer napakujemy www, bazy danych i co tam jeszcze, i to wszystko nam obciąży boguduchawinne urządzenie pod korek to to się kończy:

      a) dobrze;
      b) niedobrze.

    Różnicowanie podobieństw

    Organizacja pracy. Rzecz, która stoi po drugiej stronie terroru produktywności, która wbija się w przeświadczenie, że powodzenie przedsięwzięć bierze się ze wspomnianej na początku sumy wysiłków poszczególnych pracowników. Powszechną praktyką w świecie małych przedsiębiorstw (takich pod pięćdziesiąt osób, tu przypomnienie dla wszystkich tych, co im się wydaje, że małe znaczy musi firma mieści się w przedziale drugiej klasy pociągu intercity) jest to, że się pracowników doprowadza do wykonywania zadań, do których są nieprzygotowani; złego szacowania czasu i środków potrzebnych do wykonania zadań; co kończy się tym, że pracownicy są przeciążeni, niekompetentni, zestresowani i nieefektywni. Tak się kończy wydajność pracy i terror produktywności.

    Co jest złe nie tylko z punktu widzenia pracowników; jest złe również dla współpracujących przedsiębiorstw, a my dostajemy drugi stopień symetrii supersymetrystów: wolny, konkurencyjny rynek. Otóż zgrozą jest, powtarzam, zgrozą, współpraca z takimi firmami. Ten wolny, konkurencyjny rynek byłby wolny i konkurencyjny gdyby nie to, że w okolicznościach rynkowych nie można sobie pozwolić na zbytnie wybrzydzanie dla kogo albo z kim się współpracuje, lub przy realizacji niektórych przedsięwzięć – po prostu nie ma się wyboru innego niż przestać być uczestnikiem rynku. Jednak co innego unieważnia symetrię równego dostępu do rynku: jeśli rynek pracy jest częścią rynku, to zostajemy z sytuacją w której ani pracownicy nie mogą znaleźć pożądanego pracodawcy (takiego, który ma organizację pracy), ani przedsiębiorstwa nie mogą znaleźć takiego kooperanta, klienta czy dostawcy, który ma dobrze zorganizowaną pracę. Rynek przestaje być wolny, a staje się rynkiem podporządkowanym paradygmatowi maksymalizacji zysków. I ten rynek działa ze szkodą dla jego uczestników: zwiększa czas, który trzeba poświęcić na bezproduktywne monitorowanie działań przedsiębiorstw z którymi się współpracuje, prowadzi do błędów, które trzeba poprawiać, opóźnień, źle zrealizowanych usług i dostaw; prowadzi do konfliktów, również sądowych, które się ciągną i kosztują; jest w końcu źródłem frustracji pracowników i obniża ich zaangażowanie i efektywność.

    Może gdyby supersymetryści przez moment zapalili się do myśli, że rzeczy operujące na podobnym obszarze niekoniecznie oznaczają rzeczy, które stoją po jakoś ustawionych przeciwnych stronach (preferowanego?) konfliktu, to zrobiłoby nam się wszystkim lepiej. Świat jest asymetryczny, być może warto więc, zamiast wyszukiwania podobieństw zająć się tych podobieństw różnicowaniem. Supersymetryści mają się, póki co, doskonale. I to nie tylko w świecie pop-biznesu, lolekonomii i hurdurrzarządzania. Dość wspomnieć o supersymetrystach od marszu z 11 listopada.

    Nowa etyka pracownicza

    W poszukiwaniu nowej etyki pracowniczej może się okazać, że porzucenie paradygmatu maksymalizacji zysków i idącego za nim terroru produktywności mogłoby nam wszystkim zrobić dobrze. Nam, również klientom detalicznym, którzy po ciężkim dniu bycia produktywnym chcą kupić nieoszukaną drożdżówkę z makiem.

    Advertisements

    5 thoughts on “Przygody supersymetrystów w świecie asymetrii

    1. „[…] prowadzi do konfliktów, również sądowych, które się ciągną i kosztują” i tu jest sedno problemu. Eskalacja konfliktu jest konieczna, natomiast ciągnięcie i kosztowanie nie. Nie zamiatajmy problemu pod dywan, próbując zwalczać objawy zamiast przyczyn.

    Skomentuj

    Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

    Logo WordPress.com

    Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

    Zdjęcie z Twittera

    Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

    Facebook photo

    Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

    Google+ photo

    Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

    Connecting to %s