Handluj z tym

Jeśli morzeł orze, to i ja mogę opowiedzieć czytelnikom mojego blogaska o tym, czemu może Jarosław Kurski.

Kapitalistyczny podział na szlachetnych przedsiębiorców i leniwych pracowników jest głupi jak paczka gwoździ. Od lat przecież powtarzamy, że gdyby system był skonstruowany tak, że ma być dobrze przedsiębiorcom to by się nazywał przedsiębiorcyzm – a nie kapitalizm.

Przeciętne polskie PPHU Krystynex jest w bardzo podobnej sytuacji jak ich pracownicy. Gówniane pieniądze (witamy w kraju, w którym wszyscy myślą, że wyżyją z przyzerowych marż), opóźnienia płatności, brak mechanizmów, które umożliwiałyby konkurowanie z dużymi przedsiębiorstwami, brak dostępu do kredytów, w których bank współponosi ryzyko przedsięwzięcia, brak rozdziału pomiędzy zarobkami właścicieli w prowadzonych przez siebie przedsiębiorstwach oraz zwrotem z inwestycji a przychodami i majątkiem firmy.

Przeciętny polski pracownik jest w bardzo podobnej sytuacji jak jego pracodawca.
Gówniane pieniądze (nie czarujmy się, nawet 2000 zł netto na miesiąc, co zdaje się być całkiem spoko stawką, nie pokrywa kosztów odtworzenia siły wytwórczej pracownika), brak możliwości planowania wydatków w dłuższej perspektywie czasowej, konkurencja na rynku pracy polega głównie na tym, kto jest skłonny pracować za mniej i na gorszych warunkach.

Każdy z tych problemów da się wytłumaczyć odległością od kapitału. Odległość od kapitału można bardzo łatwo uprościć do pozycji klasowej. I zerwać wreszcie raz na zawsze z idiotycznym podziałem: my przedsiębiorcy, czyli geszefciarze na samozatrudnieniu jesteśmy totalnie jak Sebastian Kulczyk a tam po drugiej stronie stoją leniwi biedacy, roszczeniowi robole, zwykli nieudacznicy i pazerne związki zawodowe.

O upodobaniach

Z dużą radością przyglądam się klasie średniej, która powtarza, że żadnych klas społecznych slasz majątkowych nie widać. I że oni nie czują żadnej potrzeby awansu. To jest oczywiście bardzo rozsądne wyparcie, usuwa konieczność odpowiedzi na pytanie: ej, skoro nie ma klas, to dlaczego mój majątek zamiast rosnąć – kurczy się. Odpowiedzią na to pytanie staje się proste „bo mi państwo nie pozwala, bo grabi mnie w podatkach” (funfact, niedawno koleś, który efektywnie płaci coś koło 7,5% podatku dochodowego jęczał, że go państwo ograbia z 18% pieniędzy). Czy faktycznie państwo utrudnia wzrost zamożności?

Tak. Utrudnia. 

Ale nie tak jak chcą zwolennicy obniżania podatków dla przedsiębiorców: bóg nie stworzył nas równymi. PPHU Krystynex nie jest równy Krystynex Holding S.A. Typowy Seba nie jest Sebastianem Kulczykiem.

Państwo faworyzuje kapitał. Nawet w tak prostym przypadku, jak prowadzenie przedsięwzięć pod firmą: łatwość powołania spółki kapitałowej, zakres odpowiedzialności w spółce kapitałowej, możliwość prowadzenia działań w spółce kapitałowej, gdy znajduje się ona w organizacji w opozycji do dosyć opresyjnych wymagań stawianych ludziom, którzy życzą sobie rozpocząć mały geszeft.

Proszę wybaczyć, ale kompletnie nie widzę powodu, dla którego ktoś, kto od czasu do czasu – (i do pewnej kwoty) dorobi sobie jako mechanik, naprawi pralkę, umyje okna czy zrobi jakąś usługę – nie może po prostu wystawić rachunku, doliczyć sobie go do przychodów i rozliczyć w PIT.

Państwo faworyzuje kapitał, bo udział obciążeń dla małych przedsiębiorstw jest taki sam jak udział obciążeń dla dużych przedsiębiorstw. Tyle że ryzyko, jakim obarczony jest ten udział jest dużo większe w dla małych geszeftów. Te niby niewielkie 18% czy 19% podatku dochodowego, śmieszny ~tysiąc złotych ZUS, konieczność zapłacenia VAT, w okolicznościach, które są w Polsce, czyli małego i biednego rynku wewnętrznego, gdzie powszechną opcją konkurowania jest tak naprawdę cena powodują, że rentowność prowadzenia małego geszeftu jest wyraźnie niższa niż tego samego geszeftu w większej skali.

O czym świetnie świadczy problem dostępu do pieniądza. Wymagana przez banki ilość zabezpieczeń powoduje, że dla jednoosobowej działalności czy małego przedsiębiorstwa ryzyko a więc i koszt pozyskania pieniędzy są często zbyt wysokie. Jesteśmy w kapitalizmie, bez dostępu do kredytu nie ma mowy o rozwoju.

Czy to jest problem klasowy? Jest.

Przedstawiciel UMC to ktoś, kto choćby z racji swojej przeszłości czy znajomości, powiązań towarzyskich i rodzinnych ma dostęp do ludzi, którzy chętnie pomogą w zorganizowaniu pieniędzy. Mają wolne środki, które mogą inwestować, posiadają rzeczy, które mogą stanowić zabezpieczenie, a których ewentualna strata nie będzie oznaczała pogorszenia jakości życia.

Już nawet przedstawiciel MC ma pewne problemy ze znalezieniem odpowiedniego majątku, który mógłby bezpiecznie posłużyć jako zabezpieczenie. W moim widzeniu przedstawiciel MC to ktoś taki, kto po opłaceniu wszystkich zobowiązań dysponuje w umiarkowanym stopniu wolnymi środkami. Wystarczy na rozrywkę, wakacje, stosunkowo niewielkie oszczędności. MC zazwyczaj jest w na tyle wygodnej sytuacji, że ryzyko związane z prowadzeniem własnego przedsięwzięcia w stosunku do obecnego poziomu dochodów jest zbyt duże.

Przedstawiciel LMC to ktoś, kto po opłaceniu zobowiązań wychodzi bez długów. I to jest grupa, w której własny geszeft mógłby być widziany jako metoda awansu klasowego. I tu właśnie, bez możliwości położenia zabezpieczenia, z ryzykiem związanym z odpowiadaniem całym majątkiem – dostęp do pieniądza jest najtrudniejszy.

Poniżej LMC można liczyć co najwyżej na chwilówkę i pożyczanie pieniędzy od wielu członków rodziny i znajomych.

Czy to jest problem z kapitalizmem? Jest.

Małą przedsiębiorczość widzę jako jedną z metod walki z kapitałem. To właśnie małe przedsiębiorstwa wzajemnie sobie sprzedające i kupujące od siebie tworzą rynek wewnętrzny. Nie wiem co na to ekonomiści, ale mam mocne podejrzenie, że pieniądze na rynku biorą się z tego, że są w ciągłym przepływie i że uczestnicy rynku spodziewają się, że tych pieniędzy jest tam tyle, ile potrzebują, żeby spłacić swoje zobowiązania i żeby zobowiązania wobec nich zostały spłacone. Ludzie mający więcej pieniędzy mają alternatywne metody pozyskania pieniędzy na swoje potrzeby, nie w każdym przypadku więc muszą zwracać się do kapitału, dzięki czemu mogą spodziewać się lepszych warunków (a kapitał – niższych marż i odsetek, co nie jest im na rękę). Duża ilość małych przedsiębiorstw w dobrej kondycji, w sytuacji dużego rynku wewnętrznego, płacących regularnie swoje zobowiązania wobec państwa zmniejsza potrzebę państwa do zaciągania długu, co z kolei przekłada się znów na mniejsze przychody kapitału.

Uczynię teraz prostą analogię dla niekumatych: jeśli na wieś, w której prowadzę sklepik sprowadzi się z miasta brzuchaty szerholder – to czasem w moim sklepiku zostawi więcej grosza kupując gorzałę czy lepsze szlugi. Ale jeśli na tej samej wsi wszystkim moim sąsiadom zacznie się robić lepiej na tyle, że – w związku ze skalą mojego biznesu – wyższe ceny w moim sklepiku w porównaniu do oddalonego o 12 km marketu przestaną im robić różnicę i wreszcie będzie można konkurować np. jakością produktów i ich asortymentem, to mi się zrobi lepiej. A jak mi się zrobi lepiej, to będę chciał mieć ładniej dookoła sklepu, to będę chciał kogoś zatrudnić, żeby praca szła łatwiej i żebym miał więcej czasu. [Czy to działa tak pięknie i łatwo? Mocno wątpię, ale może przestańmy myśleć w perspektywie roku-dwóch i spodziewajmy się zmian w perspektywie 7-10 lat.] 

Zajęcia praktyczno-techniczne

Trochę mam obawę, że moje kiełkujące przeświadczenie, że kapitałowi po prostu nie opłaca się wzrost zamożności jest podszyte jakimś SPISGIEM, ale z drugiej strony jeśli przedsiębiorczość nie będzie obarczona zbyt wysokim ryzykiem i będzie miała lepszą rentowność niż fundusze inwestycyjne i lokaty bankowe?

Jest trochę tak, że oprócz złej woli wąsatego biznesu widzę, że powodem zatorów płatniczych często jest obawa: czy jeśli zapłacę komuś teraz to nie stanie się tak, że zostanę bez pieniędzy, bo sam będę musiał na nie czekać nie wiadomo ile. Nie znaczy przecież, że wszyscy. Nie ma się co oszukiwać, wśród zestawu cech sprzyjających sukcesowi w biznesie znajdziemy mnóstwo przynależnym zaburzeniom psychopatycznym. Są przedsiębiorcy, którzy nie płacą, bo mają taki kaprys. Są przedsiębiorcy, których nie obchodzi, co się stanie z ludźmi czy przedsiębiorstwami, którym są dłużni pieniądze. 

Osobowość psychopatyczna to oczywiście bardzo dobre wytłumaczenie dlaczego tak się dzieje. Ale ja mam inne. Przedsiębiorcy nie traktują swoich przedsięwzięć jako osobnego bytu, z którego czerpią pożytki według określonych zasad; przedsiębiorcy i udziałowcy traktują swoje przedsiębiorstwa jak prywatny folwark, gdzie wszystkie wypracowane środki „należą” do przedsiębiorcy. A polscy przedsiębiorcy to niestety często bardzo nierozsądni ludzie, którzy nie potrafią trzymać dyscypliny finansowej i uważają, że wszystkie ich wydatki i straty jakoś się pokryje.

Tu widzę jeszcze jedną szkodę poczynioną przez neoliberalną propagandę. Nikogo nie dziwi instytucja nadzoru właścicielskiego, wszystkich bardzo dziwi istnienie nadzoru pracowniczego. Przecież te znienawidzone związki zawodowe w przedsiębiorstwach są tylko po to, żeby naciskać przedsiębiorce na zwiększanie płac i rozszerzanie rozdętych przywilejów pracowniczych. Tyle mejnstrim. A jak może być w praktyce? Nadzór pracowniczy służy właśnie temu, żeby udziałowcy i właściciele nie mogli traktować przedsiębiorstw jako prywatnych folwarków. Aby uzyskiwane przez właścicieli pożytki były na rozsądnym poziomie, nienaruszającym bezpieczeństwa finansowego przedsiębiorstw. Aby ponoszenie ryzyka w przedsiębiorstwach nie było uznaniową decyzją właścicieli, gdzie ofiarami tych decyzji stać się mogą właśnie pracownicy.

Nie mam żadnej nadziei na obalenie ustroju kapitalistycznego, więc obstawiam, że należy grać według jego reguł. Kapitalizm jest ustrojem, w którym największą cnotą jest marnotrawstwo. Byleby dało się to marnotrawstwo opakować w wyniki finansowe. Muszą więc się tworzyć nowe interesy, muszą się zamykać, musi być przepływ hajsu, musi być święta wiara w to, że na koniec roku obrachunkowego strata będzie mniejsza niż zysk.

Chciałbym, żeby państwo, w którym żyje wsparło uśmiech swoich obywateli zwiększając kwotę wolną od podatków, żeby zwiększyło opcję konkurencji pomiędzy małymi przedsiębiorstwami a dużymi (oh hai, progresjo podatkowa, wzywamy cię na ratunek!), żeby umożliwiło łatwe świadczenie sobie mikrousług pomiędzy ludźmi. Nie mam fetyszu stuprocentowej efektywności, więc chciałbym na samym końcu, żeby państwo w którym żyje marnotrawiło pieniądze w sposób, który opłaca się obywatelom, a nie w sposób, który opłaca się kapitałowi.

A Jarosław Kurski może, bo jest blisko kapitału.

Reklamy

31 myśli na temat “Handluj z tym

  1. Ja to widzę tak: konstatacja, że statystyczny przedsiębiorca z działalnością ma podobnie jak pracownik na etacie jest dość oczywista, natomiast ładne uzasadnienie dopisałeś.

    Chciałem jeszcze napisać, że przeciętny biznes wąsacza różni się tym od przeciętnego menedżera niższej klasy na etacie tym, że wąsacz jako pan na swoim bardziej rucha swoich pracowników (i że lepiej jednak być pracownikiem na chujowym etacie w Biedronce, niż bez tego etatu w Żabce), ale w sumie nie mam danych, czy tak jest rzeczywiście, to tylko moja intuicja.

    Nie do końca rozumiem, o co chodzi Ci z tym, że prowadzenie działalności gospodarczej jest trudniejsze, niż spółki kapitałowej. Znaczy z technicznego punktu widzenia. Bo, że bogaty zawsze ma łatwiej, to zrozumiałe.

    Mikrousługi – w zasadzie każdy może z każdym zawierać umowę-zlecenie, nie trzeba być przedsiębiorcą, żeby zlecać. Można myśleć nad dalszym upraszczaniem, ale to nie będzie fundamentalna zmiana (w sensie – taka, która spowoduje, że ludzie przestaną świadczyć mikrousługi na czarno).

    Podział na klasy: w chujowości dzisiejszej sytuacji ogólnej nie odważyłbym się powiedzieć, że LMC wychodzi na bieżąco na swoje bez oszczędności ale i bez długów. W ten sposób ta klasa kurczy się do pomijalnych rozmiarów i mamy większość społeczeństwa w LC. Tak myślę znaczy. Może zresztą trzeba przyznać, że po prostu tak jest.

  2. Przeciętne polskie PPHU Krystynex jest w bardzo podobnej sytuacji jak ich pracownicy. Gówniane pieniądze (witamy w kraju, w którym wszyscy myślą, że wyżyją z przyzerowych marż), opóźnienia płatności, brak mechanizmów, które umożliwiałyby konkurowanie z dużymi przedsiębiorstwami, brak dostępu do kredytów, w których bank współponosi ryzyko przedsięwzięcia, brak rozdziału pomiędzy zarobkami właścicieli w prowadzonych przez siebie przedsiębiorstwach oraz zwrotem z inwestycji a przychodami i majątkiem firmy.

    Przeciętny polski pracownik jest w bardzo podobnej sytuacji jak jego pracodawca.
    Gówniane pieniądze (nie czarujmy się, nawet 2000 zł netto na miesiąc, co zdaje się być całkiem spoko stawką, nie pokrywa kosztów odtworzenia siły wytwórczej pracownika), brak możliwości planowania wydatków w dłuższej perspektywie czasowej, konkurencja na rynku pracy polega głównie na tym, kto jest skłonny pracować za mniej i na gorszych warunkach.

    Każdy z tych problemów da się wytłumaczyć odległością od kapitału.

    Chodzi tu raczej o niedostatecznie wysoki popyt zagregowany, który nie pozwala osiągnąć pełnego zatrudnienia.

  3. @Nachasz
    Może w tej waszej astrologii tak się to nazywa; ja wolę jednak mówić o tym prostymi słowami: jest bieda jak chuj, więc się nie opłaca nic robić, bo jest bieda jak chuj, więc nie ma jak wyjść z biedy, bo się nie opłaca nic robić, bo jest bieda jak chuj.

  4. @gfedorynski
    ~ mikrousługi
    no ale to umowy jakieś, pierdolety; naprawiam ci pralkę bo się na tym znam, wystawiam ci rachunek, kropka; żadnych podpisów, pieczątek i dupereli;

    ~ łatwość w spółce kapitałowej
    trudność to ryzyko a nie stopień skomplikowania; ludzie robią skomplikowane rzeczy i nie narzekają na trudność w prowadzeniu biznesu; robią łatwe rzeczy i narzekają; więc chyba chodzi po prostu o „strach”, że się wszystko zjebie;

    ~ lmc
    Tak, w praktyce większość ludzi w tym kraju ląduje w LC.

  5. W sumie to jest przepiękny manifest umiarkowanego anarchosyndykalizmu.
    Z drobnego producenta jest taki kapitalista jak z mysiej pizdy wór na obiery.

  6. Kilka lat temu jedno z większych miast w Polsce przeznaczyło jakieś grube pieniądze na to, by przyciągnąć wielką montownię komputerów. Miało powstać chyba ze 300 miejsc pracy. Nim fabryka powstała przyszedł kryzys i firma irlandzka oddała swoje przywileje firmie bodajże tajwańskiej, która uruchomiła fabrykę później niż było w umowie i z mniejszą liczbą miejsc pracy niż zakładano. Te same pieniądze przeznaczone na dotacje dla małych lokalnych firm, choćby w postaci preferencyjnego czynszu lokali należących do miasta albo moratorium na płatność niektórych podatków utrzymałyby tysiące miejsc pracy i może jeszcze trochę stworzyły.

    Z perspektywy małego biznesu – rodzinnych sklepików, zakładów fryzjerskich, stacji obsługi pojazdów – dobry, godny zaufania pracownik to skarb. Takiemu można zapłacić godziwie bez bólu, tyle że najpierw zakład musi wygenerować gotówkę na jego pensję, ZUS pracowników i właściciela, podatki, czynsze, media etc. Musi być też trochę kasy na zakup towarów lub materiałów. Tak naprawdę oszczędzić można na tej pensji, ewentualnie na optymalizowaniu podatków poprzez napędzanie kosztów, często fikcyjnych. Więc się to robi.

    Tylko ulżenie małym lokalnym geszeftom, chronienie ich przed wielkim kapitałem pod postacią choćby lidlów i biedronek, to jedyna szansa dla prowincji na jakikolwiek rozwój – w perspektywie czasów pokryzysowych, bo na razie to walka o przetrwanie. Fetysz „zagranicznego inwestora” powinien się już dawno rozwiać.

  7. @Eli Wurman
    ,Może w tej waszej astrologii tak się to nazywa; ja wolę jednak mówić o tym prostymi słowami: jest bieda jak chuj, więc się nie opłaca nic robić, bo jest bieda jak chuj, więc nie ma jak wyjść z biedy, bo się nie opłaca nic robić, bo jest bieda jak chuj.

    I o to właśnie chodzi. Z tym, że wg mnie zaciemniasz sprawę mówiąc o odległości od kapitału,lub o jego braku., tak jakby z równania AD = C+ I + G + (X – M) tylko poziom I miał znaczenie.

  8. Ale chyba nie czytujesz uważnie bloga WO.
    On już dawno udowodnił, że Marks udowodnił, że małe firmy nie istnieją, a jeśli przypadkiem jaka istnieje, to przez pomyłkę.

    Co więcej, i to już nie jest śmieszne, napisał, ze lewica (w sensie związki zawodowe) woli mieć do czynienia z wielkimi firmami jako przeciwnikiem, niż użerać się z drobnicą.

    Więc jako mala firemka dostaniesz z obu stron – od Kapitału i od Lewicy.

  9. @pawos
    Nie cierpię na brak zaufania do ludzi. Po prostu przy okazji ostatniego remontu jaki w domu przeprowadzałem doznałem iluminacji dotyczącej problemów z zatrudnianiem ludzi. Otóż do tych wszystkich ciężkich prac remontowych wynająłem ludzi, jak to się potocznie mówi: „fachowców”.
    Z mojego punktu widzenia to było masakrujące bo Oni wszystko robili po najmniejszej linii oporu. Do dziś myślę o nich „patałachy”. W każdym razie, po jakimś czasie dotarło do mnie, że Oni zachowywali się tak jak zachowuje się typowy pracownik w typowej pracy a moje związane z tym emocje są tym co przeżywa w zasadzie każdy mały pracodawca. Te emocje są tu kluczem bo zimna logika podpowiada, że i tak jestem na plusie bo gdybym sam próbował wszystkie te prace wykonać to dużo bardziej bym to spartolił, stracił ogromną ilość czasu i prawdopodobnie całość kosztowałaby mnie dużo więcej pieniędzy. Cóż ja poradzę na to, że emocje wygrywają z logiką? ;)

  10. @januszek
    Ełaśnie na tym problem – konkuruje się ceną, a potem się oszukuje.
    To co opisałeś to brak zaufania. Po czyjej stronie robotników czy Twojej to inne pytanie, ale ogółem system jest pełen braku zaufania. Tak samo mógłbym opowiedzieć też inną anegdotę o dobrym pracowniku, któremu kiepsko płacą, więc odchodzi i szuka szczęścia gdzie indziej.

  11. @pawos
    Nie, nie, nie – nie pisałem o oszukiwaniu. Nie o to chodzi. Miałem na myśli to, że w naszej społeczności każdy z nas raz jest klientem a drugi raz sprzedawcą, raz świadczy usługi, drugi raz korzysta z usług, raz pracuje a drugi raz sam daje pracę.

    Robotnik (ale też Szef), w poniedziałek może być najlepszym na świecie pracownikiem (Szefem) a w środę już tym najgorszym. Chodzi mi o to, że rzeczywistość nie jest zero/jedynkowa a zwykle to co jest naszą największą zaletą jest również naszą największą wadą.

    Dodatkowo wszystko co obserwujemy oceniamy przez filtr naszych własnych emocji dlatego inną miarę stosujemy w ocenie tych samych zachowań w zależności od tego czy patrzymy na nie z pozycji pracownika czy też pracodawcy. Stąd biorą się konflikty.

  12. @januszek
    Może nie nazwiemy oszustwem brak podwyżki dla sprzedawcy, który nakręca obrót, ale trochę jest to nie okej, że nie dostanie on więcej jak systematycznie się sprawdza.

  13. @pawos
    Moim zdaniem tak jesteśmy skonstruowani, że wagę worek cementu wydaje nam się cięższy kiedy sami go niesiemy a lżejszy kiedy ktoś inny go niesie. Może to banał ale to jest tak jak z odczuwaniem bólu zęba. To zupełnie inne uczucie kiedy nas boli od tego co czujemy kiedy ktoś inny mówi, że jego boli a przecież w obu przypadkach ból jest taki sam… ;)

    Przykład ze sprzedawcą jest przewrotny bo zimna logika podpowiada, że dobry sprzedawca potrafi się sprzedać także swojemu pracodawcy. Po odwróceniu równania mamy jasność, że skoro sprzedawca podwyżki nie dostał to znaczy, że dobry nie jest ;P

  14. @januszek
    Nie prawda. Sprzedawca płyt czy choćby gitar może być idealną osobą na stanowisku, a mieć gorsze pozycje przetargowe, bo na Twoje miejsce mam 10 oraz nie umieć sprzedawać siebie czy w stosunkach hierarchicznych być fajtłapą (co innego klient, co innego szef).

  15. Handel to jest gra oparta o emocje, w którą nie umiejący sprzedać siebie fajtłapa w ogóle nie powinien grać.

  16. @januszek
    Na Twojego hipotetycznego sprzedawcę nie byłoby stać małego przedsiębiorce i uciekłby do wielkiego korpo sprzedawać siebie.

  17. @pawos
    I dokładnie tak jest, o czym wiem bo znam osobiście kilku dobrych sprzedawców. Żaden nie jest pracownikiem w małej firmie (ale każdy kiedyś był). Większość z nich jest Szefami małych firm zajmujących się handlem, kilku pracuje w dużych firmach a inni są wolnymi strzelcami :)

  18. No fajnie. Tylko co z tego? Od samego gadania jeszcze nigdy nic sie nie zmienilo. Trzeba zrobic jakis maly, pierwszy krok.

  19. @miziol
    Pierwszym i ważnym krokiem jest, żeby ludzie dowiedzieli się w jakiej są sytuacji. To, że jest słabo – wiadomo; to dlaczego jest słabo – już niekoniecznie.

  20. Eli, w sumie masz rację, ze i pracownik i przedsiębiorca są na tym samym pasku kapitału. Tyle, że przedsiębiorcom system pożycza pieniędzy na nieco lepsze życie, w wyniku czego bardziej cisną pracowników i czują się mniej z nimi związani. Coś jak kapo w obozie, który też był więźniem, ale za nieco przywilejów był w stanie innego więźnia zatłuc patykiem.
    Nie wiem, czy im współczuć.

  21. @Eli
    Ludzie wiedza od dawna. Nic sie nie dzieje ( w kazdym razie w widoczny sposob) co by dawalo jakas nadzieje. Nie ma nikogo, kto by powiedzial jest zle i ja wiem co zrobic zeby bylo lepiej. I zrobie to.

  22. @poziomka
    Pożycza, albo nie pożycza.
    Do tego, jak się firma rypnie, to przedsiębiorca ląduje z garbem finansowym którego może nie móc spłacić do końca życia (albo np. spłaca przez kolejne 10 lat, znam kogoś takiego). Pracownik odchodzi i idzie do innej roboty.
    Daleki jestem od wynoszenia predsiębiorców na ołtarze, ale warto o tym pamiętać.

  23. Im wiecej potrzebujesz pieniedzy, tym latwiej je dostaniesz. Pracuje w malej firmie zalozonej przez jednego czlowieka za pieniadze N inwestorow. On to okreslil tak: powyzej tak mniej wiecej 100k GBP, ludziom z kasa wszystko jedno czy ci dadza czek na 100k czy na 200k, wiec wola dac na 200k zeby poczuc sie wazniejszymi. Czesc ludzi mu mowilo „potrzebujesz 100k? nie warto rozmawiac, przyjdz jak bedziesz potrzebowal milion”.

    Natomiast koles ktory potrzebuje 10k na otwarcie sklepiku z papierosami bedzie latal jak glupi po bankach i zebral o cokolwiek.

  24. @Z. – „rypnięcie się” firmy większej niż mała zbyt często oznacza, że zamiast kilkunastu milionów zysku do podziału było ledwie kilka.

    „Pracownik idzie do innej roboty” – brzmi niesamowicie prosto, kiedy to się pisze.

  25. @Meeijn
    Tak mi się jakoś zdaję, że większość firm w Polsce nie jest większa niż mała. Do tego może też oznaczać brak zysku, a w szczególności bankructwo.
    Więc jak rozumiem te małe na potrzeby dyskusji ignorujemy, bo nie pasują do tezy?

    „“Pracownik idzie do innej roboty” – brzmi niesamowicie prosto, kiedy to się pisze.”

    Podobnie jak podsumowanie potencjalnego garba długu na całe życiu, tak jak ty to robisz.

  26. „Więc jak rozumiem te małe na potrzeby dyskusji ignorujemy, bo nie pasują do tezy?”
    – Ho, ho, ho, chochoł.

    Potencjalny garb długu – jaka część z tych małych, upadających firm to spółki kapitałowe (typu „ja i szwagier” ale jednak kapitałowe)?

  27. „Do tego, jak się firma rypnie, to przedsiębiorca ląduje z garbem finansowym którego może nie móc spłacić do końca życia”

    Slyszales o spolkach z ograniczona odpowiedzialnoscia?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s