Polski Powszechny Program Pomieszania Pojęć

Ta opowieść nie zaczyna się na JFK, przeciwnie, zaczyna się w miejscu, które powinno być drogie wszystkim czytelnikom tego bloga. Ale zanim dojdę do precyzyjnej triangulacji, to muszę wspomnieć o rzeczy, która jest dla mnie ogromnie przykra.

Partia Razem absolutnie straciła swój rewolucyjny zapał i przestała identyfikować nowe (a zarazem i głębsze) obszary niesprawiedliwości i konstruktów, które za tymi niesprawiedliwościami stoją.

Ostatnie wydarzenia polityczne są tylko dalekim echem ustrukturyzowanej nierówności i powszechności zaniechań. Nie dziwi więc, że protestujący, którzy słusznie, błędnie i nieskutecznie wyszli w obronie niezależności sądownictwa, zwracają się do aparatu przemocy w słowach „jesteśmy z wami, wiemy, że tylko wykonujecie obowiązki”.

Zacznę od tłumaczeń najprostszych, bo potem mi to może utknąć w słowotoku: protesty były słuszne, bo trudno wyobrazić sobie jakikolwiek system demokratyczny, w którym można uzyskać ochronę, zabezpieczenie i co in dóbr, praw, czegoś co nazwiemy Zuzanną, a przecież nas uszczęśliwi nie bez sądu który w swoim postępowaniu jest obowiązany do realizacji jakichś (nawet i niechby dosyć szerokich) politycznych standardów logiki, wykładni prawa czy jakiejś zwiewnej prawdy i sprawiedliwości.

Czemu były nieskuteczne? Moja opinia jest taka, że pierwsza prezes Sądu Najwyższego dogadała się z Dudą, że oni ich zostawią i zostanie ogryzek państwa prawa, a niech se Ziobro weźmie Sądy Powszechne, bo w praktyce i tak nie będzie to miało żadnego znaczenia (do czego, liczę, wrócę później).

Czemu wyszli błędnie? Bo wyszli nie naprzeciw tym, którzy reprezentują siłę i przemoc. Te protesty w zasadzie powinny być przeciw policji, która – niezależnie od systemu, zawsze stoi jako zbrojne ramie władzy, w tym władzy sądowniczej.

Nie chcę popadac w misesoski rothbarydyzm ale policja jest aparatem przemocy. Co więcej, w granicach paru szejkhendów każdy z nas zna kogoś, wobec kogo policja postąpiła rażąco łamiąc procedury. Niektórzy z nas mają w swoich szufladach wnioski do sądów o ukaranie w których policja stwierdza „w wyniku wyjaśnień obwionionego wina jest bezsporna” mimo, że nie przeprowadzono żadnych czynności z obwinionym, inni, jak moja młodsza siostra, mają złamany nos w wyniku rzekomej napaści na funkcjonariusza w toalecie bez kamer. Zdarzają się bogu ducha winne emerytki obite po ryju na zapleczu sklepu, gdzie prokuratura i media bez absolutnie żadnej refleksji powtarzają elementarne skurwysyństwo o przekroczeniu uprawnień podczas interwencji [tu na marginesie dodam, równie dobrze kierowca taksówki niezadowolony z wysokości kursu mógłby doliczyć opłatę i nakłaść nam po mordzie i domagać się zakwalifikowania tego czynu jako przekroczenie uprawnień wynikających z realizacji usługi przewozu]. Są nam też wszystkim znane co najmniej dwa przypadki w których policja ujawniła rozmowę telefoniczną oraz przebieg interwencji z niestabilnie emocjonalną kobietą. Jeden dotyczy kobiety, która w wyniku – zakładam – urojeń psychicznych czuła się ofiarą broni elektromagnetycznej; druga sprawa dotyczy wideo z zatrzymania kierującej samochodem i wpadającej w histerię. Mieliśmy wiele lat temu wypadek strzelania do samochodu prowadzonego przez 19-latka, który nie zatrzymał się do kontroli przez nieoznakowane radiowozy; kierujący zginął, jego pasażer wylądował na wózku. To są oczywiście skrajne przypadki. Ale są i przypadki lżejsze, rzekoma kontrola na okoliczność posiadania narkotyków, przeszukanie, znalezienie leków psychiatrycznych wydanych na receptę i na tej podstawie sporządzenia notatki służbowej, wraz ze wszelkimi danymi identyfikacyjnymi. Ale to oczywiście są przypadki losowe, nic tutaj się nie dzieje, może się zdarzyć nawet najlepszym. W takim razie co możemy powiedzieć o sytuacji, w której pracownik policji działając w porozumieniu z pracownikiem instytucji zaufania publicznego nakłania reprezentanta osoby prawnej do kredytu obrotowego po to, aby potem wykazać się zatrzymaniem groźnego przestępcy wyłudzającego kredyty?

Ale znów można powiedzieć, przecież to przypadki skrajne, rzadkie, no to może coś bliżej naszego podwórka. Któregoś razu w jakiejś sprawie wartej około dwie paczki fajek składałem wyjaśnienia w komendzie policji, przed kompletnie oderwanym od zasad współżycia społecznego i obrzydliwie niegrzecznym policjantem. TL;DR jak już wyjaśniliśmy sobie wszystko zapytałem go co to za kupa akt która mu się piętrzy od podłogi po metr pięćdziesiąt: „a, to” – wyjaśnił – „są sprawy że ktoś kupił świeczkę na allegro albo kejsa na komórkę i albo jej nie dostał bo ją poczta zgubiła albo ktoś zapomniał wysłać, i ja na to wszystko muszę wzywać ludzi”. Nie dopytywałem, bo jakoś zrobił się taki mały i przykry i trochę w syndromie sztokholmskim zacząłem rozumieć jego pierwotną chamską pozycję w stosunku do mnie. Ale to tylko wycinek opowieści praktycznej. Bo z kolei jako konsument, poszkodowany przez dużą spółkę giełdową (bo np. wysyłają ci papiery które w jednej sytuacji mówią ci, że jesteś dłużny tyle moment, następnego dnia przysyłają, że inną kwotę monet, a tydzień później że nic im w sumie nie wisisz, a potem miesiąc później wezwanie do zapłaty) idziesz złożyć zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, powiedzmy, masz fantazję, art. 303 kk – nierzetelna dokumentacja. „Panie, ale oni to lepiej wiedzą, oni to wszystko mają policzone, pewnie pan się pomylił”. W innej zaś sytuacji, rażącej przewlekłości w wypłacie należnego, bezspornego odszkodowania (najpierw zgubione papiery, potem mimo wezwań do zapłaty cisza, potem jakieś idiotyczne wstawki o procedurze) – słyszysz, że jak powiedzieli żeby czekać, to trzeba czekać.

Ale być może to też wycinek rzeczywistości, nieprzystający do ogółu. Spróbujmy więc praktyki realizowania praw konsumenta według procedur przewidzianych przez podmioty z dominującą pozycją rynkową (a przede wszystkim, dominującą nad konsumentem, o czym UOKIK jest uprzejmy nie pamiętać). No to spróbujmy trzy takie przypadki. Rejestrujesz kartę sim u operatora telekomunikacyjnego, pracownik operatora automatycznie uznaje że wyraziłeś zgody marketingowe, na co odmawiasz i domagasz się cofnięcia tych zgód, na co otrzymujesz informację że nie jest to możliwe i możesz to zrobić poprzez jakieś-cośtam w systemie. Rezygnujesz więc z rejestracji karty sim, ale jest już ona zarejestrowana. Zwracasz się więc do właściwego rzecznika konsumentów o wyjaśnienie sprawy, podjęcie działań, cofnięcie przekazanych informacji i zgłoszenie do odpowiednich służb poświadczenia nieprawdy przez pracownika (tu uwaga: tak, rozumiem, tak została przeszkolona, że ma wszystkim wmuszać zgody marketingowe; menedżerowie z IG Farben jakby znali takie metody to do dziś mieszkaliby w moim rodzinnym domu). Po 30 dniach dostajesz odpowiedź, że rzecznik konsumenta nie podjął żadnych działań, bo w jego rozumieniu nie doszło do złamania prawa związanego z potwierdzeniem nieprawdy oraz złamania ustawy o ochronie praw konsumenta, na czym kończy on sprawę. UKE udziela upomnienia operatorowi.

Bo w zasadzie nic się nie stało, prawda? Nikt nie zrobił niczego w sensie wyrażenia złej woli przy zawieraniu/dookreślania tej umowy. No ok, kumam, też nie jestem za tym, żeby boguducha winne konsultantki operatorów komórkowych musiały odpowiadać karnie za poświadczenie nieprawdy, co bezpośrednio wynika z presji na jaką są narażone w toku kołczingu, timlideringu, mentoringu i szkoleń z realizacji celów sprzedażowych. Ale. Dziś przecież (2 sierpnia 2017) niebezpiecznik wrzucał fakap on top of a fakap z ujawnieniem danych osobowych. Recepcjonistka, zupełnie nieświadoma, na sto procent w wyniku omyłki stała się ofiarą sprawy karnej związanej z ujawnieniem adresów e-mail w przesyłanej wiadomości.

Czy to jest już ten moment w którym coś już nam zaczyna trzeszczeć w rozumieniu równości wobec prawa, odpowiedzialności wobec prawa, ryzyka prawnego? Jeszcze nie? To chodźmy kawałek dalej.

To jest fragment w którym nie zgodzą się ze mną turbolegaliści z Razem, nie zgodzą się faszystowscy biurokraci z partii od lewego libero do Marka Jurka (jak wiadomo, za nim już tylko ściana), najwyżej pod rozsądną konsyderację wezmą jacyś kanoniczni wolnościowcy bardziej wolnościowi niż partia Korwin czy jak ona się teraz nazywa.

Jest coś bardzo, bardzo pomylonego z naszą definicją działalności gospodarczej, z naszym poczuciem wolności do realizowania się przez działalność gospodarczą. Nic bowiem nie stoi na przeszkodzie, by np. hydraulik-złota rączka pracował zupełnie legalnie nie prowadząc działalności gospodarczej. Co komu szkodzi że wystawi rachunek i z tego rachunku rozliczy se podatek jako inne źródła przychodu?

Powtórzę jeszcze raz, że nic. Ale żeby nie było tak prosto – skonfrontujmy to z innymi wolnościami, jakie przysługują w systemie prawnym. Nie są to oczywiście sytuacje analogiczne, ale nie o prowadzenie prostackich analogii tu chodzi. Istnieje wolność kształtowania stosunków umownych, jest ona teoretycznie ograniczona (do czego wrócę później) ale w praktyce osoba prawna, przynajmniej w idei, powinna być dosyć równa osobie fizycznej. I tak osoby prawne oferowały fundusze parasolowe, polisolokaty, inwestycje zabezpieczone papierami twojej starej i tysiąc innych opcji z których zdaje się nie udało się wyłgać tylko ambergoldowcą, bo pomyśleli sobie, że korzystając z tego co zgromadzili odpalą ledżytny biznes. Czy mamy komisję śledczą dot. Skadnii? Mamy komisję śledczą w sprawie grupy Getin? Dodajcie proszę w komentarzach swoje ulubione fundusze (o, WBK zdaje się też oferował jakieś super hajsy).

I teraz pytanie brzmi tak: skoro osoby prawne (ale tu disklejmer – duże, giełdowe, znane, takie, których i posterunkowy i pierdoła-prokurator będą się bać, nie z jakiegoś faktycznego strachu, ale z obawy przed osobistą kompromitacją wynikające z kompletnego braku doświadczenia w materii) mogą sobie dowolnie kształtować, nawet szkodliwe, warunki umowne, to czemu nie może ich tak ukształtować pan Krzysiu, co raz na dwa tygodnie na emeryturze dorobi se kręcąc bębnem pralki i czyszcząc wybieraki programatora.

Odpowiedź na to pytanie jest prosta. Tak długo, jak długo osoba (bez różnicy) oferuje coś w dobrej wierze – tak długo powinna być chroniona przez system. I faktycznie jest, stosunki umowne zawierane w dobrej wierze są wiążące.

I teraz moje pytanie zwraca się w kierunku przeciwnym. Czemu umowy zawierane w złej wierze, albo umowy, których warunków strona nie zamierza dotrzymać – nie napotykają na taki opór systemu.

Tu znów przypadek pana Stanisława, Czesława, czy pani Krystyny: nie prowadzę dg, więc moja odpowiedzialność jest ograniczona, tak jak ograniczona jest odpowiedzialność wspólników w spółce z ograniczoną odpowiedzialnością. Stąd wymuszenie rejestracji działalności gospodarczej i odpowiedzialności do gołych portek.

No dobrze, załóżmy że jestem w stanie przyjąć ten argument za odrzuceniem pełnej dowolności działań gospodarczych jako argument zabezpieczający klienta-kontrahenta.

Widzieliście kiedyś OWU? Widzieliście. Takie PZU np. wybuliło ułokikom dobrze ponad trzy banie za absolutnie twarde trzymanie się linii, że to oni są w prawie jednoznacznie rozsądzać o tym co rozumieją za cośtam. Tu szło o zawał serca. Dla nich było to jakieś wyciągnięte z dupy pojawienie się uchyłka Q w ekg, podczas kiedy jest to totalnie na dwoje babka. Już nie wspominając o tym, że istnieje coś takiego jak medycyna i zupełnie rozjeżdża tak prostacką interpretację.

No dobrze, powie człowiek co nie czuje radości w czytaniu decyzji uokikoskich i rejestru klauzul niedozwolonych. Dostali karę i się czegoś nauczyli. Tak jakby zrobił to każdy z nas, przymuszony w sposób administracyjny do zmiany zapisów umownych.

Tak przecież by było w kraju, w którym system sądownictwa ze swej niezawisłej istoty bierze na siebie potrzebę kontroli nad praktyką prawa.

No to może raz jeszcze inaczej, odizolowany przypadek ubezpieczyciela, który w nienależny sposób określił, błędnie, próbując stworzyć własne, jasne rozumienie jakiegoś zdarzenia, nie zakładajmy złej woli, nawet i w tym przypadku.

Co robi taki rozsądny (a przecież na wolnym rynku, kapitalistycznym, rozsądne działanie ma pierwszeństwo; ten racjonalizm jest przecież u podstaw każdej spornej sprawy cywilnej) ubezpieczyciel na wezwanie ubezpieczonego? Absolutnie szanuje warunki na której skonstruował umowę, tj. co najmniej art. 385 kodeksu cywilnego i przyznaje ubezpieczonemu należne mu świadczenie.

I teraz staję w kropce. Czy to ja ochujałem. Czy to jednak wygląda zupełnie przeciwnie.

Powołam teraz dwa przypadki, które choć z innych dziedzin, zobrazują jak przedmiot sprawy kształtuje się w postępowaniu.

Przypadek pierwszy jest z mojego podwórka i brzmi tak: miejski rzecznik konsumentów domaga się (pod rygorem kary!) spełnienia nienależnego świadczenia. Może się tego świadczenia wobec petenta domagać, bowiem jest przekonany, że nikt nie będzie się z nim spierał. Dostaje odpowiedź odmowną. Ale ale, przecież rygor kary administracyjnej. Samo prawo do takiego wezwania ogranicza jego odpowiedzialność za nienależne stosowanie kar, do których przecież na mocy ustawy jest uprawniony. Nie sprawdza więc stanu faktycznego, tylko po niespełnieniu żądania w czasie kieruje sprawę do właściwej komendy policji. Gdzie policja oświadcza, że w toku przeprowadzonych czynności z obwinionym, nie ma wątpliwości i kieruję sprawę do sądu. Sąd klepie. Pół roku później na adres losowo obranego członka zarządu (w przypadku osób prawnych) albo kogoś kto ma nieszczęście nazywać się tak jak prowadzący działalność – ląduje wyrok w trybie nakazowym.

Teraz wrócę do zastrzeżenia które poczyniłem wcześniej: jeśli sprawa dotyczy powszechnie znanej spółki/masaj – konsument dostaje odpowiedź, że nie jest to ich sprawą.

Ale okay, uznajmy że to nie problem, że to tylko metoda sprawnego przymuszania przez zdecentralizowanego regulatora do wykonywania obowiązków wobec konsumentów. Niech i tak będzie.

Druga sprawa w zasadzie zasadza się na dwóch kwestiach: literalnego rozumienia i tej mglistej idei wypływającej z kodeksu cywilnego, że umowy muszą być, dla ich ważności (wiadomo, w zakresie) zawierane w dobrej wierze.

Zacznę od kolejnego dysklejmeru, że zdaje się wyjaśniliśmy sobie różnice w pozycji uczestników rynku w zależności od ich siły wobec konsumenta albo i kontrahenta, co się nazywa wykorzystywaniem dominującej pozycji rynkowej, co jednak – jak pokazuje spis decyzji uokik – co najmniej niechętnie dotyczy małych przedsiębiorstw i zwykłych konsumentów.

Literalne rozumienie przepisów w zasadzie powinno być takim kijem który napierdala tego, kto się na takie rozumienie powołuje. Stąd idea że strona umowy ma wyłączne prawo do wykładni tego co stoi za zapisem umownym, powinno automatycznie dyskwalifikować (a przynajmniej zmuszać do powzięcia obowiązku dostarczenia różnych interpretacji) tak podniesiony argument. Na szczęście nie jestem prawnikiem, ale kwestia rozumienia rezerwowania prawa do jedynej wykładni jest sprzeczna z ideami, które można wywieść z KC.

I teraz druga strona – zawieranie umowy w dobrej wierze.

Umowa może być chujowa jak skriny z serialu Korona Królów. Umowa może zawierać wiadro klauzul niedozwolonych. Umowa może dowolnie i bez jakiegokolwiek rozeznania dystrybuować odpowiedzialność po wszystkich świętych. Umowa może mieć braki formalne, być zawarta w złej formie (jeśli dla tej umowy jakaś forma jest przepisana).

Istotą umowy, nawet jeśli została zawarta w tak skandaliczny jak powyżej sposób – jest to, że strona silniejsza w umowie, w trakcie jej realizacji, postępuje zgodnie z warunkami jakie nakłada na nie (dla porządku ograniczmy) prawo polskie.

Istotą umowy jest wola porozumienia stron. Wykonania pracy w zamian za zapłatę. Umowy ubezpiecznia, w której ubezpieczyciel oszacował koszty i zgodził się na przyjęcie kwoty, która pokrywa jego ryzyko i daje mu zysk.

Pogubiliście się już? To uproszczę.

Idąc protestować w sprawie KRS/SN/SP szliście na tzw. kaczy chuj (por. SCIENTIFICALLY ACCURATE ™: DUCKTALES).

Dlaczego? Bo ponad te wszystkie elementy które nakreśliłem, które mogą a nie muszą, i w których można raz po jednej, raz po drugiej stronie, bez możliwości czegoś co jest największą wartością w demokracji:

deeskalacji konfliktu, znalezienia porozumienia, przestrzeni do mediacji:

mamy z racji taniejącego CHF nieuchronny nawrót (nie chcę dziś przesądzać, może uchronny, dajboziu) najgłupszego konfliktu w dziejach 3 RP i wywołanego przez największy szwindel 3 RP.

Ponieważ jestem stuleją, która wyszła z piwnicy własnych starych, ale zachowała na tyle rezonu, że nigdy nie wjebała się w pułapkę kredytową: mogę podzielić się z wami szokującą ideą.

Kredyt hipoteczny to jest kredyt zabezpieczony wartością hipoteki. Kropka. Nie lajk kropka, bo mi się nie chce pisać, tylko kropka, bo tym jest kredyt hipoteczny. Nie jest kredytem zabezpieczonym hipoteką i twoim wynagrodzeniem aż pójdziesz na emeryturę, a potem wszyscy będziemy dokładać do twojego kredytu żebyś miał gdzie mieszkać, zwiększając presję na finansowanie systemu emerytalnego, żebyś miał gdzie mieszkać, bo głupie chuje tak ustaliły ten system w okolicach między 00’sami a 10’sami lat dwutysięcznych. Nie jest kredytem hipotecznym, w którym bank nie daje ci wyboru pomiędzy położeniem dodatkowego zabezpieczenia a wypowiedzeniem kredytu i zdarciem z ciebie w trybie natychmiastowym wszystkiego do drobniaków w portkach włącznie.

Wy, kredytobiorcy, hipotecznicy, jesteście ofiarami, a my, jako postronni uczestnicy rynku jesteśmy zakładnikami waszych ofiar. Ale to nie wyrzut. To zaproszenie do wspólnoty.

Przed programem 500+ wszystkim wydawało się, że jakiś znaczący transfer pieniędzy musi, bo nie ma inaczej – być szkodliwy dla systemu gospodarczego, podatkowego, mechanizmów rynkowych.

Mamy namacalny dowód że jest to jedna z wielu rodzajów prawd którym nie należy poświęcać uwagi. To jest tylko, wraz z tym, że uwolnione pieniądze kredytobiorców hipotecznych, zasilą rynek wewnętrzny: część odpowiedzi.

Druga jest znacznie poważniejsza: że jak to, przecież prawo nie działa wstecz, nie wolno zmieniać odgórnie zapisów umownych.

W tym momencie polecam porzucić prostacki legalizm: zblokować umowy kredytowe wg ich numerów formularzy, i wobec wszystkich zainteresowanych zasądzić co następuje: kredyt hipoteczny zawiera się, zgodnie z wywiedzioną z KC ideą zawierania umów w dobrej wierze, w hipotece, a nie w obocznych zabezpieczeniach i ekstorsji kredytobiorców.

Kończąc: nie będzie państwa prawa jeśli nie będzie sądowej kontroli nad pracą policji i prokuratury, ale nie wynikającej ze skarg na ich działania, a z bieżącej, wynikającej z poczucia niezawisłości (a więc i prawa do tego by przedstawiane przez reprezentantów aparatu władzy, przemocy i opresji były zgodne ze stanem faktycznym, zawierając wszelkie niezbędne ustalenia jakie są możliwe ponad wszelką wątpliwość). Nie będzie państwa prawa, kiedy oceny urzędów powołanych do kształtowania umów cywilnych nie będą włączane w system prawny. Nie będzie państwa prawa póki sądy nie zaczną realizować praw obywateli mając na względzie faktycznie wyrażoną wolę umowną. Nie będzie państwa prawa, jeśli państwo będzie akceptowało rażące dysproporcje praw między zwykłym obywatelem a podmiotami posiadającymi przeważającą siłą rynkową.

Co poddaję pod refleksję zwłaszcza zatrzymanym w 2010 roku kolegonautką i kolegonautą z Razem.
Reklamy

Jedna myśl na temat “Polski Powszechny Program Pomieszania Pojęć

  1. Ja tam się podpisuję ręcyma i nogą na razie. Bo ze dwa razy przeczytać muszę jeszcze. Na Filozofia w praktyce jest piękne uzasadnienie chujowości kredytów CHF. W sensie wywodzące się z zasad zawierania umów i moralności. Bo ja rzygam na „umowa święta rzecz”.

    Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s