Kula Śmiechula spotyka polski biznes

Każda środa jest bardziej znośna, kiedy zdarza się ktoś, komu można zasugerować wyciągnięcie głowy z dupy.

Pośród wszystkich ważnych rzeczy, które można i należy powiedzieć, jest też taka, która w’ogle unieważnia całą podstawę sporu.

Prolski wyzyskiwacz

Ci okrutni a zbędni pracownicy na umowach o pracę, normalnie zgroza i koszt, a tu w praktyce zarobić na cokolwiek tak trudno. Można np. tak jak boni w swoim komciu <3 – można też popatrzeć z punktu widzenia przedsiębiorcy i pracodawcy.

Przyzwoite podejście mówi, że jeśli jakiś rodzaj działalności jest nieopłacalny, to się nie warto za niego brać. Jeśli jest tak, że czyjś model biznesowy z góry zakłada, że nie jest w stanie nawet zarobić na utrzymanie pracowników, to taki pomysł na działalność jest do kitu. Jeśli ktoś mimo to pakuje się w taką aktywność, to sam jest sobie winien wszystkiego, co go spotyka.

Serio, serio. Jeśli ci wszyscy smętni ludzie, którzy jęczą, że zatrudnienie pracowników kosztuje ich tak strasznie dużo, że nie są w stanie na to zarobić, i stąd widzą pracowników jako koszt, którego nie są w stanie ponieść, to znaczy, że nie powinni robić tego, co robią.

  • Rynek sobie bez was poradzi.
  • Rynek prawdopodobnie lepiej poradzi sobie bez was, niż z wami.
  • Jeśli polski pracownik jest ci zbyt drogi, to dlaczego – rączy i żwawy przedsiębiorco, solo tej ziemi – nie wyeksportujesz pracy do Indii czy Chin, aha, bo jesteś gołodupiec i nie wiesz jak to zorganizować.
  • Psujesz rynek, zaniżając swoją nieodpowiedzialną postawą stawki ludzi, którzy nie trzymają łba w dupie.
  • Rynek nie jest placem zabaw garstki freelancerów, czy innych specjalistów od nowych mediów. Rynek jest placem zabaw dla kapitału. I to ten rynek robi z tobą co sobie upodobał.
  • Balans, bilans, balast

    Podejście, które mówi, że to dobrze, że można łatwo zwolnić pracownika jest – z punktu widzenia małego biznesu – tak idiotyczne, że aż trudno uwierzyć, że ktoś może napisać to serio.

    Zwolnienie i poszukiwanie nowego pracownika, wdrożenie nowego pracownika, cały hajs i czas, który wkłada się w przekazanie mu tych rzeczy, które mają wpływ na jego efektywność – nie wiem, co trzeba mieć w głowie, żeby to pomijać, fapiąc do form zatrudnienia, które to umożliwiają. Jasne, to się może wygodnie sprawdza w przypadku ładowacza towaru w hipermarkecie (i też to właśnie duże sieci handlowe najradośniej korzystają z „elastycznych form zatrudnienia”).

    Przeraża mnie ten brak świadomości u ludzi, którzy są przedsiębiorcami.

    Na sam koniec chciałbym tylko wyrazić nadzieję, że przyjdzie wolny rynek, z jeszcze tańszymi pracownikami i wyrenderuje ich obsoletnymi. Czego Kosedowskiemu szczerze życzę (chyba że i on, i jego memeziomy wyciągną łeb z dupy, co z kolei życzę sobie).

    Przygody supersymetrystów w świecie asymetrii

    W świecie, w którym prawda leży po środku, należy wysłuchać i rozważyć racje obu stron, najlepiej mają się supersymetryści.

    Dyskretny urok podobieństw

    Dysklejmer: ssam palucha, jeszcze mnie nie popieprzyło totalnie, żeby spędzać urocze jesienne wieczory not na zerkaniu w uczone papiery, produkowane przez ludzi zajmujących się nienauką. Wolę sobie ponapieprzać z siostrą w Starcrafta.

    Dla supersymetrysty symetria pojawia się wszędzie tam, gdzie występuje jakieś podobieństwo. O, np. na rynku pracy: i pracodawcy i pracobiorcy poruszają się na rynku pracy, więc ich sytuacje stoją po dwóch stronach. Tylko nie.

    Istnieje jakieś przeświadczenie, że pomyślność przedsięwzięć bierze się z sumy wysiłku jednostek w przedsięwzięciu uczestniczącym. Stąd dla pomyślności przedsiębiorstwa wymagane jest, by: i tu gryzę się w język, chcąc napisać uczestnicy przedsiębiorstwa, kiedy wiadomo, że nie uczestnicy; to pierwszy moment kiedy próba skonstruowania poprawnej symetrii dotyczącej stosunków pracodawcy z pracobiorcą się rozpada; ale wracając – dla pomyślności przedsiębiorstwa wymagane jest, żeby pracownicy byli produktywni.

    Nawyobracana pod deklami różnych domo- i szkoło-rosłych specjalistów od nienauk niewinna produktywność, wydajność pracy, czyli ilość hajsu zusammen w przeliczeniu na pracownika zamienia się w okrutny terror produktywności. Terror ten polega na odwróceniu kierunku: spodziewana ilość hajsu ma wynikać wprost z jakiejś „wydajności” pracownika (gdzie teraz wydajność okazuje się być pojęciem-wydmuszką, nie mówiącą zupełnie niczego). Okraszę to anegdotką: to tak jakby woźnica przewożący wongiel miał za niego dostać więcej, im bardziej zmęczy się koń.

    Oczywiście, anegdotkę można rozwinąć, że przecież im więcej wongla się naładuje na wóz, tym koń bardziej się zmęczy, haha, właśnie unieważniliśmy twoją biedaanalogię, tylko nie. I tu dochodzimy do podstawowego problemu zarządzania obciążeniem. Zanim o zarządzaniu obciążeniem, należy przypomnieć istnieniu dwóch, niekonkurujących ze sobą opowieści:

  • pierwsza opowieść mówi nam, że efekty z pracy zależą od indywidualnej pracowitości;
  • druga opowieść mówi nam, że efekty z pracy nie zależą od pracowitości, lecz od jednostkowego sprytu, który albo pomysł, albo obszar działalności;
  • opowieści te funkcjonują obok siebie i mają dwa poważne problemy: po pierwsze są nieprawdziwe, po drugie są prawdziwe lokalnie. Oczywiście, są ludzie, których efekty pracy są zależne od ilości i jakości pracy, jaką włożą; są ludzie, których jednostkowy spryt („szczęście”, pomyślne zbiegi okoliczności również) pozwoliły na realizację pomysłu czy funkcjonowanie na obszarze, który przy niskich nakładach ilości i/lub jakości pracy przynosi efekty. Tu jeszcze należy wspomnieć, że efekty pracy niekoniecznie muszą oznaczać wydajność pracy w jej rozsądnym ujęciu: są przecież rozliczne rodzaje działalności ludzkiej, które są niczym innym jak kosztem dla działalności przedsiębiorstwa. Zarządzanie obciążeniem w obszarach, gdzie efektywność nie przekłada się na dochody, wraz z paranoją maksymalizacji zysków przekłada się więc na pompowanie wydmuszki produktywności. Mamy również silny ślad, że efektywność pracy niekoniecznie musi przekładać się na wydajność pracy.

    Wracając do samego zarządzania obciążeniem: wydaje się rozsądne, że wykorzystując całą zdolność produkcyjną pracownika działamy na korzyść maksymalizacji zysków. Co oczywiście byłoby sensowne, gdyby istniała wspomniana na początku symetria i pracownicy byliby uczestnikami przedsiębiorstwa. W praktyce jednak (mojej własnej, anegdotycznej, możecie się podzielić swoimi doświadczeniami w komciach) wszelkie zarządzanie obciążeniem sprowadza się do przeładowania pracownika i zaskakującej pointy. Zanim ona – anegdotka dla neoliberololo skrzywionych okołoinformatycznych, serwerowych, i co tam jeszcze: czy jak na jeden serwer napakujemy www, bazy danych i co tam jeszcze, i to wszystko nam obciąży boguduchawinne urządzenie pod korek to to się kończy:

      a) dobrze;
      b) niedobrze.

    Różnicowanie podobieństw

    Organizacja pracy. Rzecz, która stoi po drugiej stronie terroru produktywności, która wbija się w przeświadczenie, że powodzenie przedsięwzięć bierze się ze wspomnianej na początku sumy wysiłków poszczególnych pracowników. Powszechną praktyką w świecie małych przedsiębiorstw (takich pod pięćdziesiąt osób, tu przypomnienie dla wszystkich tych, co im się wydaje, że małe znaczy musi firma mieści się w przedziale drugiej klasy pociągu intercity) jest to, że się pracowników doprowadza do wykonywania zadań, do których są nieprzygotowani; złego szacowania czasu i środków potrzebnych do wykonania zadań; co kończy się tym, że pracownicy są przeciążeni, niekompetentni, zestresowani i nieefektywni. Tak się kończy wydajność pracy i terror produktywności.

    Co jest złe nie tylko z punktu widzenia pracowników; jest złe również dla współpracujących przedsiębiorstw, a my dostajemy drugi stopień symetrii supersymetrystów: wolny, konkurencyjny rynek. Otóż zgrozą jest, powtarzam, zgrozą, współpraca z takimi firmami. Ten wolny, konkurencyjny rynek byłby wolny i konkurencyjny gdyby nie to, że w okolicznościach rynkowych nie można sobie pozwolić na zbytnie wybrzydzanie dla kogo albo z kim się współpracuje, lub przy realizacji niektórych przedsięwzięć – po prostu nie ma się wyboru innego niż przestać być uczestnikiem rynku. Jednak co innego unieważnia symetrię równego dostępu do rynku: jeśli rynek pracy jest częścią rynku, to zostajemy z sytuacją w której ani pracownicy nie mogą znaleźć pożądanego pracodawcy (takiego, który ma organizację pracy), ani przedsiębiorstwa nie mogą znaleźć takiego kooperanta, klienta czy dostawcy, który ma dobrze zorganizowaną pracę. Rynek przestaje być wolny, a staje się rynkiem podporządkowanym paradygmatowi maksymalizacji zysków. I ten rynek działa ze szkodą dla jego uczestników: zwiększa czas, który trzeba poświęcić na bezproduktywne monitorowanie działań przedsiębiorstw z którymi się współpracuje, prowadzi do błędów, które trzeba poprawiać, opóźnień, źle zrealizowanych usług i dostaw; prowadzi do konfliktów, również sądowych, które się ciągną i kosztują; jest w końcu źródłem frustracji pracowników i obniża ich zaangażowanie i efektywność.

    Może gdyby supersymetryści przez moment zapalili się do myśli, że rzeczy operujące na podobnym obszarze niekoniecznie oznaczają rzeczy, które stoją po jakoś ustawionych przeciwnych stronach (preferowanego?) konfliktu, to zrobiłoby nam się wszystkim lepiej. Świat jest asymetryczny, być może warto więc, zamiast wyszukiwania podobieństw zająć się tych podobieństw różnicowaniem. Supersymetryści mają się, póki co, doskonale. I to nie tylko w świecie pop-biznesu, lolekonomii i hurdurrzarządzania. Dość wspomnieć o supersymetrystach od marszu z 11 listopada.

    Nowa etyka pracownicza

    W poszukiwaniu nowej etyki pracowniczej może się okazać, że porzucenie paradygmatu maksymalizacji zysków i idącego za nim terroru produktywności mogłoby nam wszystkim zrobić dobrze. Nam, również klientom detalicznym, którzy po ciężkim dniu bycia produktywnym chcą kupić nieoszukaną drożdżówkę z makiem.

    Posiadanie

    Po internetsach lata masa gołodupców, którzy jęczą nieustannie, że lewica jest przeciwna posiadaniu. No więc ja na swoim przykładzie nie uważam. Posiadanie jest właściwe. Niewłaściwe jest, kiedy cała masa ludzi z posiadania jest wykluczona. Np. posiadanie takiej, zdawać by się mogło dupereli, jak mieszkanie to dla wielu ludzi wysiłek trzydziestoletni. Aby móc uzyskać dostęp do takiego wysiłku często trzeba się połączyć w parę. I tu już problem robi się złożony.

    Bo czy można racjonalnie sobie oszacować cokolwiek w perspektywie trzydziestu lat? Nie można.

    Przepływ

    Tak długo, jak pieniądze płyną, tak długo nie ma problemu. I dziś nie jest problemem wchodzenie w posiadanie. Dziś problemem jest radzenie sobie z przepływem. Jeśli szukamy pewności, nie szukamy jej w rzeczach materialnych, tylko w zapewnieniu sobie możliwości posiadania przepływu. Kiedy patrzę na stan swojego konta – widzę przepływ. Kiedy rozglądam się po mieszkaniu, które jeszcze niedawno odwiedzał komornik z rzeczoznawcą – widzę potencjalną stratę.

    Myśląc o tym, co mogę stracić wiem, że cokolwiek robię, opiera się na kompletnie pomylonej kalkulacji ryzyka. Wiem to po swoich trudnych doświadczeniach z prowadzeniem działalności gospodarczej. Przypomniałem sobie o tym, jak bardzo łatwo niedoszacować ryzyka. Przypomniałem sobie, bo przypadkiem trafiłem wczoraj w knajpie na kolesia, z którym takie niedoszacowanie mi się przydarzyło, w bardzo młodym (nawet jak na moje warunki) wieku.

    Podejmując różne ryzyka, zwłaszcza wspólnie, bierzemy opcję zapewnienia przepływu. Z odroczonym czasem realizacji. Pół życia zdejmowało mnie, skąd bierze się wycena wartości rynkowej czegokolwiek; i to, w jaki sposób rzeczy są sobie zależne i jak na swoją wartość wpływają. Jestem dziś przekonany, że największy wpływ na nie ma nie ich wartość, co gwarancja przepływu. Jeśli coś jest zbywalne, to jest wartościowe. Jeśli zbywalność danej rzeczy jest ceniona, to rzecz ma wartość.

    Małe odkrycia

    Pewnie jest tak, że są to rzeczy oczywiste. Jednak to, jaki konstrukt stoi za takim postrzeganiem jest dla mnie osobiście ważny. Pomaga lepiej przyjrzeć się ryzyku. Do którego przez wiele lat, po tamtej spektakularnej porażce, miałem ogromną awersję. Teraz tej awersji już nie mam, teraz wiem, że koszty ryzyk są zbywalne tak samo. Tylko trzeba wiedzieć jak.

    Wittgenstein!

    /na melodię, z jaką prof. Farnsworth mówi „Wernstrom”, gdyby ktoś miał tubkę, proszę o podrzucenie/

    Wewnętrzny prawicowiec we mnie (och, przecież każdy z nas hoduje w sobie jednego) kazał mi zatytułować tę notkę „aby język giętki powiedział wszystko to, co pomyśli głowa”. Ale, ale – nie dlatego nie użyłem tego tytułu, że brzmi jak żywcem wyjęty z notki na psychiatryku 24: ja po prostu nie jestem przekonany, że to dobrze mówić wszystko, co się myśli.

    Rozumieją to świetnie ludzie, którzy przysyłają swoje tajemnice Frankowi Warrenowi. O, np. takie:

    [jeśli ktoś jeszcze nie zna, polecam wrzucić sobie do eresesów]

    Podejście drugie

    Ryzykownie jest mówić to, co się myśli. Ludziom się mocno pierdoli wyrażenie myśli z wyrażeniem woli. O, taki przykład: wyrażam myśl, że aborcja na życzenie powinna być dostępna. Co się czyta w człowieku? Ano, że mam wolę skrobać. Działa to również w drugą stronę: wyrażenie myśli jest jednocześnie wyrażeniem woli. Słowa „aborcja jest morderstwem” są jednocześnie wyrażeniem woli, by aborcja faktycznie była morderstwem.

    Problem tego, w którym momencie pojawia się dziecko jest również problemem językowym: dla osoby oczekującej dziecka – zlepek komórek – będzie oczywiście dzieckiem i przyszłym człowiekiem. Dla osoby, która ten zlepek komórek ma za zlepek komórek będzie to, duh, zlepek komórek.

    I teraz: kiedy wyrażam myśl, że to zlepek komórek – nie wyrażam woli, by był to tylko i wyłącznie zlepek komórek. Zupełnie nie mam problemu z tym, by dla kogoś ten zlepek komórek był dzieckiem i faktycznym człowiekiem. Ale z drugiej strony: ktoś, wyrażający myśl, że jest to dziecko – wyraża jednocześnie wolę, by było to dziecko w każdym przypadku i u każdego.

    Jedną z brzydszych rzeczy jakie można zrobić jest narzucanie granic języka. W cywilizacji śmierci mówi się, że możesz nazywać to Susan, jeśli cię to uszczęśliwi. W cywilizacji miłości musisz mówić tak, aby Polska była Polską prawda była prawdą.

    Język absolutny

    Zasada jest uniwersalna: my, brukselscy siepacze, cyngle Michnika, pedalskie lobby nie domagamy się, by jedynie nasze znaczenia były obowiązujące: chcesz swoje, masz swoje lepsze – używaj ich, propaguj, przekonuj. Tylko, urm, hurm, weź się odpierdol. Co oczywiście było świetnie widoczne przy okazji ZOMG DZIECIACZEK TERLIKOWSKIEGO PŁACZE, płacze bo pedały chcą zabrać. A to przecież tylko i wyłącznie odwrócenie języka, z jakiego korzysta Terlikowski, no ale teraz to jest skandaliczne, bo słowa nie służą już prawdzie, tylko służą teraz jakimś paskudnym celom pedalskiej międzynarodówki, w najlepszym przypadku są obleśnym żartem wykolejonych ludzi.

    Mój język zdolny jest powiedzieć wszystko, co na ten temat myślę. Ale nie w tym rzecz: mój język musi być wyraźny, musi mówić lepiej. I dlatego jedyne, co chcę powiedzieć, co jest świadomym wyrażeniem myśli i woli, brzmi:
    weźcie spierdalajcie.

    Zez rozbieżny

    KoLiber to licealiści, studenci i przedsiębiorcy – młode pokolenie, któremu bliskie są wartości takie jak: ochrona własności, rządy prawa, wolność gospodarcza, odpowiedzialność za własny los oraz silne i bezpieczne państwo.

    Połączyliśmy siły, by przygotować się do pełnienia funkcji publicznych w państwie poczynając od samorządów terytorialnych, a na najwyższych urzędach Rzeczpospolitej Polskiej – w niedalekiej przyszłości – kończąc.

    Współrządząc weźmiemy na siebie odpowiedzialność za losy Polski, i dążyć jednocześnie będziemy do urzeczywistnienia wyznawanych przez nas wartości.

    Warszawa, 13 maja 2000 roku

    Jako mały skwaszeniec (co w’ogle jest powodem, dla którego nadciąga notka pt. dlaczego mój następny laptop będzie pecetem z Windows) po przeczytaniu takiego stanowiska zrobię tylko hihi, hihi.

    Załóżmy, że przez chwilę mogę być poważny, poukładany i zaradny. Zdeterminowany i konkretny. Celowy. Produktywny. Że będę wykorzystywał sytuacje. Że będę korzystał z kontaktów, że nie będę miał oporów przed ładowaniem ludzi w dyskomfort, że w końcu – będzie mnie stać na zupełnie niegrzeczną presję. Dodajmy, że będzie za mną stał jakiś pieniądz. I to taki bliżej kapitału niż zasobu.

    I teraz jechane: co mnie licealiści, studenci i przedsiębiorcy mają obchodzić? Serio, serio: co ci ludzie mają w głowach? Że ktoś, kto korzysta z przywileju posiadania możliwości ucieczki z każdego upierdolonego interesu będzie miał skrupuły? Że będzie ich traktował na równych zasadach tylko dlatego, że będziemy funkcjonować na wspólnym, wolnym, konkurencyjnym, nieuregulowanym rynku? Że jak, że swoją gołodupną innowacyjnością – serio, widział ktoś z was innowacyjność bez grosza w kieszeni – przekonają konsumentów do przerzucenia się na ich usługi i produkty? Że będą w stanie wytrzymać konkurencję z kimś, kto ma otwartą linię kredytową tak grubą, że ich cały biznes nie będzie tyle warty w ciągu najbliższych 20 lat? Na co liczą wolnorynkowi licealiści? Na co liczą wolnorynkowi studenci? To bym jeszcze mógł sobie wytłumaczyć, ale – na litość boską – na co liczą przedsiębiorcy zrzeszeni wokół kolibrystycznych kółek wzajemnego habilitowania docenta?!

    Jedynym elementem korwinizmu jaki udało mi się zaliczyć w młodości, to wiara, że wszystko zależy ode mnie – co z kolei, po moich doświadczeniach z prowadzeniem działalności gospodarczej skłania mnie do smutnego wniosku, że jednak trzeba raczej niegrzecznie i za twarz (albo raczej po prostu byłem zbyt młody i überniedoświadczony). Dziś oczywiście bardzo dobrze wiem, jak należało uniknąć tamtych problemów. I kosztów. Pointa jest prosta: jak nie masz za sobą kogoś, kto dorzuci hajs do pieca, to nie ma opcji, by kiwnąć palcem w bucie. Stąd autentycznie żal mi korwinoidalnej i kolibrystycznej młodzieży: za ich wyobrażeniami, czym powinien być wolny rynek nie stoi żadna rzeczywistość.

    Jeden krok w przód i dwa kroki w tył

    ochrona własności

    Nie trzeba kończyć liceum, by rozumieć, że ochrona własności kosztuje. Oczywiście, można korzystać z usług firm windykacyjnych (z tego miejsca chciałbym serdecznie pozdrowić, szkoda że nie pamiętam jak się nazywali, biedaspółkę windykacyjną, która jeszcze dwa miesiące po momencie w którym poinformowali o spłacie zadłużenia przysyłała mi anonimowe listy z prośbą o kontakt). Ale to bardzo proste ujęcie ochrony własności: przecież chodzi o takie rzeczy jak pewność i bezpieczeństwo umów, jak pewność przepływu środków. Oczywiście świetnie sobie wyobrażam świat, w którym te wszystkie rzeczy gwarantowane są przez prywatne firmy. I podejrzewam, że w tym już głowa ludzi, dla których pracuję, że chcieliby użreć jakiś kawałek tego tortu. Poważnie mówiąc: kogo byłoby stać na prywatną ochronę własności?

    rządy prawa

    Jak rozumiem, kolibrystom wydaje się, że dzisiejsze rządy nie są rządami prawa, bo żrą z zaradnych i przedsiębiorczych zbyt dużo hajsu. O’rly? Biedadziewiętnaście. Procent. Cit. Może niezbyt proste, ale dosyć (dostatecznie, widzę przecież) spójne prawo podatkowe. Bo wiecie: jak słyszę rządy prawa to mniej obchodzi mnie jakie to prawo jest, bardziej obchodzi mnie, czy jest przestrzegane jak należy. Skończyły się już czasy (widzę przecież, wiem, słyszę), w których urzędnik skarbówki miał pełną władzę. To oni dziś dzwonią, proszą o kontakt, o dokumenty, o spotkania.

    wolność gospodarcza

    Rozwala mnie to na cyce. Na czym miałaby polegać wolność gospodarowania, która byłaby bardziej wolnościowa, niż wolność, która gwarantowana jest przez ustawę o wolności działalności gospodarczej. Na prostszych procedurach rejestracji działalności gospodarczej? Hihi, hihi.

    odpowiedzialność za własny los

    Kiedy słyszę, że należy brać los we własne ręce i działać na własny rachunek to wszystko we mnie krzyczy: okurwości, ile to będzie kosztować! I jakie ryzyko, w razie się sprawa rypnie. Odpowiedzialność za własny los to zdolność do współpracy. Do współodpowiedzialności, do dzielenia ryzyka. To zdolność do rozkładania ewentualnych strat w taki sposób, aby były jak najmniej uciążliwe. Wiadomo, lewacka zasada solidarności.

    silne i bezpieczne państwo

    Zaraz, zaraz. Czy ja tu widzę rozbieżnego zeza? Lewym okiem na państwo, a prawym do własnej kieszeni. No jak państwo ma być silne i bezpieczne, to musi mieć skądś hajs. I mechanizmy kontroli. I możliwości działania. I wpływ na kształtowanie rynku, wpływ na zasady współpracy pomiędzy podmiotami gospodarczymi. Bo jak inaczej ma stanowić bezpieczeństwo? I w czym ma się przejawiać jego siła? W reprezentowaniu interesów dzikich, nieuregulowanych kapitałów na międzynarodowych rynkach? No ale wiemy, że pieniądz wtedy jest coś warty, kiedy można go wymienić. Na co można by wymienić pieniądz dzikiego kraju, w którym nikt nie odważy się inwestować, bo brak jest pewności, co do relacji pomiędzy podmiotami gospodarczymi? Brak jest pewności co do interpretacji zasad podatkowych (nawet jeśli te miałyby być minimalne)? Proponuję zerknąć na zasady (i koszty!) rejestrowania i prowadzenia spółek w krajach, które przez kolibrystów uznawane są za raje podatkowe. Wiadomo, kogo stać: kapitał. I to bieda-kapitał. Póki co nie słyszałem, żeby Buffet albo Jobs przenieśli swoje pieniądze i interesy na Kajmany. Albo choćby Orlen. Czy jedna z -nastu spółek PKP.

    Rewolucja korpotariatu

    Kiedy słyszę nawoływania by młodym, zdolnym, importowanym do dużych miast dać szansę, by nie ograniczać ich kreatywności: słyszę tylko „będziemy kłamać, że to dla ich dobra, bo bardzo nam się to opłaca”. Pokażcie mi jakiś mały startup, który ma szansę zaczepić się w jakiejś wolnej strefie ekonomicznej. Pokażcie mi tych wszystkich młodych ludzi, którzy stracili swoją szansę na prowadzenie sensownego biznesu, bo zeżarłyby ich koncesje i pozwolenia. Pokażcie mi poszkodowanych przez system. A pokażę wam, gdzie zabrakło im zasobów finansowych. Albo kapitału.

    Niewidoma ręka rynku

    Uczciwością i pracą ludzie się bogacą

    Leżałem ostatnio w łóżku w Otwocku, na wprost miałem telewizor i w tym telewizorze puścili Młode Wilki 1/2. I nie mogłem oderwać wzroku, bo biznes spirytusowy lat 90 odcisnął się we mnie dosyć mocno. No i też dlatego, że to bardzo zły film, a ja lubię złe filmy.

    Wiecie, gdzie podziały się fortuny ludzi, którzy na przemycie spirytusu zarobili nieprzyzwoicie obrzydliwą masę hajsu? Rozjebali. Dokumentnie. Jako bardzo młody człowiek nasłuchałem się opowieści o imprezach, na które przylatywali helikopterami. O dilerach koksu, którzy czekali pod domami. O dzikich awanturach w burdelach, bo erotycznej tancerce „kłak z pizdy wpadł mi do drinka”. Słyszałem opowieści ludzi, którzy nie mieli już nic więcej poza opowieściami. Wspomnienia dawnej świetności; wykręcony świat w którym zamawiano prostytutki do sprzątania mieszkań. Wspomnienia ludzi dzień-w-dzień upierdolonych gorzałą, ukrywających się przed wyrokami. Historie ich wykręconych młodości, kiedy handlowali walutą albo przemycali różne rzeczy.

    Kiedy myślę o zupełnie wolnym rynku myślę właśnie o takich ludziach. Ludziach, którzy w zdecydowanej większości nie zasługiwali na cokolwiek, co było ich udziałem.

    Kapitalna akcja

    My, konsumenci, jesteśmy burą suką kapitału. My, pracownicy, jesteśmy burą suką kapitału. My, kredytobiorcy. My, zwykli ludzie, robotnicy, pracownicy biurowi, menedżerowie niskiego, średniego i wysokiego szczebla. My, prowadzący działalność gospodarczą, my właściciele małych i średnich przedsiębiorstw. My wszyscy, uzależnieni od wskaźników ekonomicznych, od kaprysów kapitału. Jesteśmy burą suką, na pasku czegoś, czego tak naprawdę nie ma.

    Kiedy korwiniści czy kolibrzyści, czy jacykolwiek inni zwolennicy liberalizacji gospodarki mówią o obiektywnym dobru, które przynosi gospodarcza wolność, niskie podatki, jedynie minimalna redystrybucja (lub najchętniej zupełny jej brak), brak regulacji i uznanie prymatu zasady chcącemu nie dzieje się krzywda – widzę świat ludzi, którzy w takich warunkach radzili sobie świetnie. To nie jest świat ludzi, którzy czytają tego blogaska. To nie jest świat, w którym chcieliby żyć członkowie TTDKN. W tym świecie nie chcieliby także żyć zwolennicy Partii Wolność i Praworządność. Jeśli dziś jesteśmy burą suką na pasku kapitału – to jednak kapitał ma ograniczenia. Na pilnowanie kapitału zrzucamy się wszyscy i to nam się opłaca. Oczywiście – dobrze by było, gdyby kapitał w większym stopniu finansował ograniczanie samego siebie.

    #ludziektórymkapitałzrobiłdobrze

    Kiedy robisz dobrze kapitałowi – kapitał robi Ci dobrze. Chyba że akurat kapitałowi opłaca zrobić dobrze sobie.

    Podstawowym problemem zwolenników überliberalizmu gospodarczego jest pominięcie ważnego elementu: kapitał to nie zasoby finansowe. Widziałem to bardzo dobrze: mały biznes, który dzięki rozsądnemu wykorzystaniu zasobów finansowych, zasobów ludzkich i dobrych relacjach z kapitałem stał się w ciągu ostatnich ośmiu lat poważnym przedsiębiorstwem, dorobił się nawet kultury korporacyjnej. Coś, co było wyzwaniem i radością – stało się zwykłą, codzienną jebaniną ludzi, którzy nie czują związku. Ale: ci ludzie mają coś wspólnego – wszyscy spłacają się kapitałowi. Mają kredyty gotówkowe, kredyty na mieszkania, kredyty na samochód. Sama firma zaś – mimo, że dla przeciętnego gospodarczego liberała osiągnęła poziom, w którym można powiedzieć, że to kapitał – ciągle jest na pasku, łasce i woli kapitału. Owszem, ich dzisiejsze zasoby finansowe są ogromne w porównaniu do miejsca, z którego startowali. Ale w żadnym stopniu nie zmniejszyło to ich zależności od kaprysów kapitału. Ich kredyty, ich leasingi, zależność ich pracowników od kapitału, zależność ich rozwoju od tego, co kapitałowi najbardziej się opłaci – ma ten sam udział, choć pieniądze większe. Czy jakaś dramatyczna liberalizacja rynku opłaciłaby im się? Wątpię, byliby jeszcze bardziej podporządkowani decyzjom i presji oszczędności – przenoszenia kosztów w miejsce, gdzie najmniej boli udziałowców.

    Żyjemy w cyberpunku

    Kiedyś sobie zrobię ładny kołowy wykres udziału różnych przedsięwzięć, które finansują mi czas na pisanie takich blogonotek. Radzenie sobie z kapitałem pewnie będzie sporą częścią. Mam dużą radość pracować z ludźmi, którzy bardzo dbają o to by postępować zgodnie z zasadami, którzy przywiązani są do reguł i procedur, którzy szanują prawo. Cieszę się, że mogę się różnić od tych wszystkich wolnorynkowych fapaczy, którzy krzyczą, że gdyby nie ta obrzydliwa hydra, która żre cały ich zysk, to by pokazali na co ich stać. Bo wiecie: jeśli nie radzisz sobie na rynku, na którym funkcjonują jasne i proste zasady – nie poradzisz sobie na rynku, gdzie wygrywa ten, który żadnych zasad trzymać nie musi.

    Flashboizm

    W związku z powstaniem nowego miesiąca – czerwcopada – postanowiłem przerwać milczenie i powiedzieć głośno prawdę, której wszyscy się boją. Nim jednak ujawni się, do czego zmierzam – trochę historii.

    PowerPC FTW!

    Jako że wieloletnie PowerBooki z biedaprocesorem G4 wciąż trzymają się w niezrozumiałych dla mnie okolicach 1500 zł chciałbym głośno powiedzieć, co następuje:
    mimo, że nie jestem zwolennikiem dyktatu wyników benchmarków, to należy sobie jasno powiedzieć, że procesory serii G4 są jak na dzisiejsze potrzeby tak słabe, że czymś w rodzaju skandalu jest popychanie takiego sziteksu w takich cenach.

    Żeby unaocznić skalę problemu przygotowałem elegancki plik PDF, w którym zawarty jest estetyczny wykres, na którym można sobie zobaczyć dlaczego Apple zdecydowało się na przesiadkę na procesory Intela.

    Dlatego za każdym razem, kiedy trafisz na kogoś, kto będzie toczył z ust (lub klawiatury) opowieści o tym, jak to PowerBook G4 świetnie nadaje się na laptopa – możesz mu swobodnie powiedzieć: ta, tak samo jak dwuletni netbook.

    Przesiadka z architektury PPC na Intela była dziejową koniecznością. Kolejny znaczący wzrost wydajności – to przesiadka z C2D na i5 i i7 w kwietniu tego roku.

    Głupi ten co głupio robi

    I filmy i gry wykorzystujące technologię Flash potrafią przycinać na współczesnym netbooku. Dlatego zupełnie nie wyobrażam sobie oczekiwać od dziesięcioletniego laptopa, żeby płynnie odtwarzał Tubki i umożliwiał granie we flashowe kulki.

    Myślę, że przyszedł już czas na ujawnienie straszliwej prawdy:

    Wiem, że nie można bezpośrednio porównywać wydajności 10-letniego laptopa i współczesnej komórki (choćby przez lepsze układy graficzne, znacząco szybszą pamięć, itd.), ale na wysokie czoło Shantanu Narayena: jeśli przez 14 (czternaście!) lat nie można było z Flasha zrobić technologii, która miałaby u swoich podstaw „nie żreć więcej prądu niż to potrzebne” – to może faktycznie dobrze, jeśli ją zaorzemy?

    Zadeklarowanym szalikowcom Flasha chciałbym dodatkowo przekazać ciepłe pozdrowienia ze świata, w którym do technologii podchodzi się w sposób pozbawiony ideologii. Z zaskoczeń (not) – skąd taka popularność flasha w okolicach ludzi deklarujących iście Stallmanowskie grzebanie w paluchach u stóp i wyżeranie zawartości poczucie, że dobre technologie to technologie wolne?

    Na szczęście: Flash jest jak bezgłowy kurczak Mike – jego śmierć jest nieuchronna.