Gdy społeczna nauka kościoła trafia na podatny grunt

Wyobraźmy sobie idealnie kulistego studenta teologii (nie skończył), który zaczyna filozofię (by ją szybko porzucić) i następnie rozpocząć studia na polonistyce. Już sam ten zestaw dużo mówi o intelektualnych preferencjach, a tu dochodzi nam dzielna walka o wolność na Białorusi. Ten idealnie kulisty się odnalazł, i ma na imię Błażej Strzelczyk. Coś jednak zgrzyta, i zza majt wychodzi miękka faja, którą trzeba powywijać, i bum! Kraków, protest lokatorów kamienic komunalnych bezrobotnych, emerytów i studentów jest doskonałą okazją, by pokazać, jak marna jest kondycja dzisiejszej myśli kościoła.

W zasadzie nie ma co cytować, zapraszam do lektury całego artykułu, a potem do zapoznania się z karierą zawodową autora. Dodam jeszcze, że dawno nie widziałem tak okropnego typa, dla którego wyrażanie gniewu na rzeczywistość jest „groteskowe”, bo okres dla Krakowa gorący, i co powiedzą turyści, kiedy zobaczą, że komuś w mieście się nie podoba. Bardzo mnie to bawi w kontekście angażowania się w demokratyzację Białorusi. Bo przecież na Białorusi też kogoś może boleć w oczy, że jakaś demokracja się próbuje panoszyć na ulicach, zamiast grzecznie zgadzać się na taką politykę, jaka jest prowadzona.

Błażej Strzelczyk jest mendą wysokiej próby, i jestem pewien, że jeśli w idei piekła było coś dobrego i pięknego: to właśnie jako miejsce dla takich ludzi. Ludzi, którzy bezinteresownie nienawidzą drugiego człowieka tylko dlatego, że ten im źle wygląda i psuje krajobraz.

Śpię spokojniej

Wiedząc, że gdzieś jakiś doktorant zajmuje się Ortegą y Gassetem. Wiedząc, że świat składa się z ludzi zajmujących się również rzeczami niepotrzebnymi.

Mit produktywności

Nie ma się co czarować: współczesny świat to kultura marnotrawstwa, o czym mi niedawno przypomniał mój znajomy zżymając się na ludzi, którzy wyrzucają chleb. Przypomniałem mu wtedy, że jego praca głównie polega na bardzo nieefektywnym zużywaniu gigantycznych ilości paliwa w celu robienia rzeczy, które można zorganizować w dużo bardziej przemyślany sposób.

Dlatego nigdy nie przyjmę argumentu, że pracując, w przeciwieństwie do doktoryzowania się z Konopnickiej, robi się coś pożytecznego i potrzebnego. Zazwyczaj – nie. Zazwyczaj większość wykonywanych prac ma na celu przelewanie hajsu z miejsca w miejsce i niczemu nie służy tak naprawdę. Ile budynków powstało w kulcie marnotrawstwa, by pomieścić siedziby firm zajmujących się przelewaniem pustego w próżne? Mnóstwo. Ilu ludzi każdego dnia robi rzeczy, które wspierają utrzymanie i rozbudowę systemu, w którym powstaje mnóstwo rzeczy, które są nikomu niepotrzebne? Większość.

Produkcja mitu

Przeciwstawianie sobie użytecznej pracy i bezużytecznej wiedzy jest bardzo fałszywe. Jedno i drugie jest równie bezużyteczne (pamiętajmy też o śmierci cieplnej wszechświata). Ale w obrębie społeczeństw neoliberalnych powtarzać będziemy, że praca brokera reklam jest bardziej wartościowa, bo ma większą wartość wyrażoną w biletach płatniczych Narodowego Banku Polskiego. Ja się oczywiście tym brzydzę, i milszy jest mi pomo doktorant polonistyki niż ty, uperfumowany dilerze zmarnowanych zasobów.

Polityka kulturalna

Polacy brzydzą się kulturą intelektualną i techniczną, brzydzą się kulturą wysoką i kulturą niską. Polacy brzydzą się kulturą i brzydzą się tak w ogóle. Kształt rynku jest zależny od tego, jakimi jesteśmy ludźmi, a jesteśmy ludźmi, którzy nie lubią wykonywać rzeczy zgodnie ze sztuką (kultura techniczna), w sposób przemyślany, efektywny, etyczny (kultura intelektualna) i z poszanowaniem różnych środowisk oraz estetycznie (kultura wysoka).

Dziwi mnie, że w takim kraju ludzie nie dostrzegają potrzeby robienia rzeczy bezużytecznych, które – jeśli nie niosą ze sobą postępu – przynajmniej nie robią tyle szkody, co nasza codzienna aktywność gospodarcza.

Głupie dzieci

paskudna okładka Technika z wychowaniem komunikacyjnym dla gimnazjum, wydawnictwa Art-Szkol

Będą głupie, bo robimy im krzywdę, masowo i bardzo chętnie. Wpadłem do zioma na kawę i trafił mi przed oczy zeszyt ćwiczeń do Techniki z wychowaniem komunikacyjnym dla gimnazjum wydawnictwa Art-Szkol (srsly, kurwa, co to za nazwa; patrzcie jaką mają piękną stronę!) autorstwa Leszka Bakuna.

strona pierwsza Technika z wychowaniem komunikacyjnym dla gimnazjum, wydawnictwa Art-Szkol

Firma Energopol-Trade-Poligrafia, odpowiedzialna za opracowanie graficzne i druk zrobiła rzecz skandaliczną, nie wiem jak ta banda ciula może spać po nocach spokojnie. Patrzę na to, i płaczę. Napierdolone clipartów, kolory pasują jak świni siodło, niektóre cliparty zasłaniają tekst, złożone to jest jakbym dwunastoletni ja dorwał się do Quarka

.
cliparty Technika z wychowaniem komunikacyjnym dla gimnazjum, wydawnictwa Art-Szkol
cliparty Technika z wychowaniem komunikacyjnym dla gimnazjum, wydawnictwa Art-Szkol
cliparty Technika z wychowaniem komunikacyjnym dla gimnazjum, wydawnictwa Art-Szkol
cliparty Technika z wychowaniem komunikacyjnym dla gimnazjum, wydawnictwa Art-Szkol

Nie moge na to patrzeć, to jest skandal, że dzieci dostają po ryju takim paskudztwem, drogie wydawnictwo Art-Szkol, drogi magistrze Leszku Bakunie: to jest tak, jakbyście nasrali tym dzieciom w twarz i jeszcze rozmazali stopą.

Nie znajduję literek, by opisać moje głębokie wkurwienie. Nie będziemy mieć ładnych rzeczy. NIE BĘDZIEMY MIEĆ ŁADNYCH RZECZY, bo biedne dzieci będą całe życie oglądać gówniane, obrzydliwe, wyrzygliwe podręczniki. Gdzie one się mają nauczyć estetyki.

Drogie dzieci: unikając gapienia się w podręczniki macie szanse uratować swoje poczucie estetyki.

zrosło się, ojoj, ktoś nie zauważył, że należy wziąć pod uwagę grubość zgięcia! Technika z wychowaniem komunikacyjnym dla gimnazjum, wydawnictwa Art-Szkol

Marzę o dniu, w którym ogień piekielny pochłonie Energopol-Trade-Poligrafię, Leszka Bakuna i wydawnictwo Art-Szkol i każdego, kto przyłożył palec do dopuszczenia tego nieopisywalnego gówna do użytku w szkole.

autor mgr Leszek Bakun, konsultacja literakcja mgr Anna Popek, opracowanie graficzne Energopol-Trade-Poligrafia, Technika z wychowaniem komunikacyjnym dla gimnazjum, wydawnictwa Art-Szkol
Art-Szkol ul. Hiacyntowa 10 11-041 Olsztyn tel. 089-523-90-71 Technika z wychowaniem komunikacyjnym dla gimnazjum, wydawnictwa Art-Szkol

I nic nie da się z tym zrobić, bo nikt nie szanuje uczuć estetycznych, można mnie obrażać bezkarnie, żaden poseł się za mną nie ujmie.

Niech płoną, zapracowali sobie na to!

Opóźniony samozapłon

W związku z tym, że z różnych powodów jest mi raczej niezakoniecznie, siedzę sobie na wsi i bawię się z kotkiem. Mogę się bawić z kotkiem i radzić sobie z niezakoniecznością bo nie mam ani kredytów, ani nikogo na utrzymaniu, a pieniądze, które zarabiam niekoniecznie wynikają z mojej pracowitości i czasu spędzonego w tym smętnym biurze, z którego mam okropny widok.

Bawię się z kotkiem i wpieprzam lentilky, oraz zastanawiam się jaki głupi byłem, że, mimo że ze trzy cywilizowana stolice pod bokiem – wyprowadziłem się do Warszawy (koniec końców; oraz: jak dobra decyzja to była!).

Miałem depresję, więc kumam empatię, dziwko

Bardzo mi się podoba, kiedy człowiek, który na jednej hulajnodze dzielnie mizia się z regularnym memetycznym (i nie tylko, przecież kompromis aborcyjny, jo?) terrorystą wyskakuje z takim oto źródełkiem kopypasty:

Szacunek dla cudzego nieszczęścia to ważna rzecz, ale muszę wreszcie to napisać: pod kancelarią premiera nie podpalił się szlachetny bohater, który walczy o wzniosłe cele. Nie podpalił się tam bezkompromisowy tropiciel korupcji. Zrobił to ktoś, kto przy pomocy aktu terroru (skierowanego wobec samego siebie) próbował na nas coś wymusić.

No jakże to tak! Przecież: «Szacunek dla cudzego nieszczęścia to ważna rzecz, ale muszę wreszcie to napisać: byli pracownicy Biedronki, strajkujący przed Ministerstwem Sprawiedliwości to żadni szlachetni bohaterowie, którzy walczą o wzniosłe cele. Nie przyszli tam bezkompromisowi tropiciele łamania praw pracowniczych. Zrobili to ludzie, którzy przy pomocy aktu terroru (skierowanego wobec samych siebie [przecież są byłymi pracownikami!]) próbowali na nas coś wymusić.»
Podstawić sobie można górników, hutników, pielęgniarki, taksówkarzy i co tam jeszcze.

Kopypasta – kopypastą, nie o to mi przecież, żeby manipulować cytatem. Problem jest w tym, że Grzegorz Sroczyński najwidoczniej zaraził się prawicową potrzebą mówienia rzeczy ważnych w sposób dobitny, jakkolwiek by durne nie były.

W zdrowym ciele zdrowy duch

Nie ma takich spraw, które w demokratycznym kraju dawałyby prawo do samospaleń. Bo w demokratycznym kraju wszyscy się umówiliśmy, że problemy rozwiązujemy inaczej.

Jeśli nie ma takich spraw, to można się zastanowić, co powoduje, że jednak się zdarzają. Oczywiście Sroczyński mógłby się nad tym zastanowić, ale wtedy pewnie nie miałby czasu, by terroryzować mnie drugim zdaniem: wszyscy się umówiliśmy. No nie. Ja się w tym kraju na bardzo wiele rzeczy nie umawiałem. Co więcej, kiedy próbuję się umówić z resztą obywateli co do rzeczy, które są dla mnie ważne, okazuje się, że jestem – BUM – terrorystą, hihi.

  • Problem pierwszy: nie wszyscy w tym kraju umówiliśmy się ze sobą.
  • Problem drugi: nie jest tak, że Grzegorz Sroczyński będzie miał wyłączność o decydowaniu co jest sprawą na tyle ważną, że można się za nią spalić: tu mały hint, osobiście uważam, że puszczenie się z dymem za „kłamstwo katyńskie” jest identycznie durne, ale ja w’ogle wolę ludzi żywych od martwych i zdrowych od cierpiących.
  • Problem trzeci: nie wszyscy w tym kraju mamy takie samo prawo do umawiania się na cokolwiek.
  • Mamy oczywiście w przyrodzie więcej terrorystów. Redakcyjny kolega Sroczyńskiego, Adam Wajrak wraz z grupą eko-terrorystów wymusili co chcieli.

    Wymuszona zaradność

    Demokratyczne państwo zadziałało.

    Widzę jak demokratyczne państwo działa. I to mnie bardzo cieszy. Czasem jednak widzę, że nie działa. Choćby prawa pracownicze. Miłośnicy budowy dróg i autostrad mogliby się pochylać z troską nad każdym kilometrem, przekopanym i skatalogowanym przez dzielnych archeologów, którzy pracują na jakichś dziwnych umowach, za śmieszne pieniądze, bez ewidencji czasu pracy, bez składek emerytalnych. Bez zapewnienia pierdoły w postaci zwykłych gumiaków. A potem wiadomo: choroby kręgosłupa i reumatyzm. Widzimy wszyscy, jak działa tutaj demokratyczne państwo, które na takie wykorzystywanie ludzi chętnie łoży ciężki hajs. Czy jest to powód do samospalenia? Oczywiście nie: wyuczona i wtłuczona pod dekle zasada mówi – jeśli będziesz chciał zgłosić jakikolwiek problem, możesz pożegnać się z pracą w zawodzie.

    Stąd to, co podejrzewam: koleś, który spalił się pod KPRM po prostu jest chory. I to jakie są okoliczności, które prowadziły go do poczucia takiej niesprawiedliwości, bezsilności i niemożność jest gdzieś z boku. Równie dobrze mogłoby to być prześladowanie przez agentów Majestic 12, albo KGB.

    Czy udało mu się coś wymusić? Wątpię. Reakcja na ten problem jest i może być jedynie czysto wizerunkowa: tak, sprawdzimy (lepiej przecież zareagować tak, niż dać się zlinczować Faktowi czy Superakowi). Dla lepszego samopoczucia nas wszystkich. Nie dlatego, by wzmacniać tego typu zachowania. Bo samospalenie to nie jest decyzja racjonalna. To boli. Grzegorzowi Sroczyńskiemu i zwolennikom jego opcji polecam przytulenie się do rozgrzanego żelazka.

    Wszyscy święci

    W związku z tym, że pół dnia nie miałem prądu i musiałem czytać z papieru, #jakzwierze – nienawiść jest dziś we mnie wyjątkowo silna, czujcie się ostrzeżeni.

    Jakiś czas temu, kiedy nienawidziłem Sieradza i innych zwykłych, miłych miast przyplątała się w komciach nauczycielka nauczania początkowego, która miała gigantyczny problem ze wstawianiem przecinków. Jako że nie ufam ludziom: nie wierzę, że ktoś, kto nie potrafi postawić jako-tako przecinka (sam pż’ż używam znaków int’punkcyjnych jak mi pasuje) jest w stanie wytłumaczyć drugiej osobie cokolwiek. Mam to przecież w praktyce i na co dzień – ludziom cieknie z ust jakiś słowotok, który w większości jest daleki od tematu rozmowy. A jak już przyjdzie w formie literek, to #klękajcienarody. Żeby nie było: to oczywiście inteligentni ludzie, świetnie radzący sobie z cyferkami i życiem doczesnym, zazdroszczę im sprawności i zdolności matematycznych.

    Jest tak, że jestem pewien, że cierpię na dyskalkulię (niezdiagnozowaną), więc jak widzę człowieka, który jest w stanie policzyć drobne w kieszeni, albo podzielić rachunek w knajpie, to mi opada szczęka i robię WOW. Bo dla mnie to są rzeczy trudne.

    Proszę wycieczki, oto mieszczańska szatnia męska, mazowiecka

    Byłem ostatnio w Białymstoku i zrobiło mi się arcysmutno. Nobo spodziewałem się, że ludzie tam będą sobie radośnie zaciągać i co tam jeszcze jest typowe dla mowy z tamtych okolic. A tu nie, wszyscy mówią w gwarze mazowieckiej.

    Wiecie, nie ma nic bardziej smutnego niż moment, kiedy ginie język. Nie ten wypracowany przez brodatych (ten niech sobie ginie), smutnych ludzi z #RJP, którzy dopuszczają słowo „lodzić”, ale „maślić”, „margarynić” czy „jogurcić” już nie. Mnie jest z tego powodu oczywiście wszystko jedno, będę sobie używał takich słów, jakie sobie wymyślę i jakie będą mi pasować, ale THINK ABOUT CHILDREN!

    I tak właśnie to sobie wyobrażam, bo przecież pamiętam doskonale pańcie polonistki, dla których język i kultura to były rzeczy objawione, rzeczy, wokół których wykonuje się czynności. Pielęgnuje i czci. Jak sobie pomyślę, ile krzywdy może zrobić człowiekowi nauczycielk’ któr’ kompletnie nie rozumie, dajmy na to, takiego X-Files; krzywdy uczniowi ambitnemu, który z racji parcia na wyniki (swojego albo rodziców) daje faka na to, co mu się popycha pod dekiel. Także: krzywdy uczniowi, dla którego jedyną szansą zdobycia kapitału kulturowego są te dupogodziny marnowane na jakieś smętne pieprzenie o poezji.

    Widzę to tak: pańcia albo pańciutek, poloniści wykształceni na krakowskim Uniwersytecie Pedagogicznym (dawne WSP, aka „wspomaganie seksualne politechniki”, #wiernikowska) wracają po pięciu latach obcowania z kulturą wysoką, muzeami, poezją, wódką w parku wypitą, wschodami słońca na Skałkach Twardowskiego, papieskim oknem, i nad czym tam się jeszcze fapie. Wracają do Białegostoku, zaczynają pracę w szkole, pełni natchnienia, święcie przekonani, że istnieje jakiś poprawny język.

    I co robią? I gwałcą, ci uświęceni mocą ciała pedagogicznego językowi pedofile.

    Odbierają dźwięki, słowa, akcenty, przeciągnięcia, stylizacje, naturalny sposób komunikacji, w którym dziecko czuje się pewnie i bezpiecznie. I popychają swoje słowa, swoje konstrukcje, swoje – odbite na krakowskim mieszczańskim powielaczu – rozumienia. Zaczynają od zaorania, zabicia tego, co w dzieciaku jest jego znajomością języka. To barbarzyństwo.

    A przecież można by inaczej. Jest w człowieku miejsce na to, by jego osobisty język współfunkcjonował z językiem oficjalnym, urzędowym; na bogów eterni – tym sziteksem, nazywanym językiem literackim (srsly, w XXI wieku?!).

    I tak oto giną nam słowa, tak oto giną nam dźwięki: już teraz trzeba by do Zabłudowa, albo jakieś zapyziałe osiedle w Rudzie Śląskiej i tworzyć słowniki, nagrywać ludzką mowę. To wszystko zniknie, przy dostojnym kiwaniu głową smutnych ludzi.

    Smutek szkolnego korytarza

    W tych wszystkich nabzdyczonych pieprzeniach ludzi, którzy pół swojej edukacji przepisali z Wiki, albo ściągnęli od koleżanek i kolegów brakuje jednej ważnej rzeczy: radosnego olśnienia, że matematyka to język. I dzieciom obrzydza się go tak samo.