Gdy społeczna nauka kościoła trafia na podatny grunt

Wyobraźmy sobie idealnie kulistego studenta teologii (nie skończył), który zaczyna filozofię (by ją szybko porzucić) i następnie rozpocząć studia na polonistyce. Już sam ten zestaw dużo mówi o intelektualnych preferencjach, a tu dochodzi nam dzielna walka o wolność na Białorusi. Ten idealnie kulisty się odnalazł, i ma na imię Błażej Strzelczyk. Coś jednak zgrzyta, i zza majt wychodzi miękka faja, którą trzeba powywijać, i bum! Kraków, protest lokatorów kamienic komunalnych bezrobotnych, emerytów i studentów jest doskonałą okazją, by pokazać, jak marna jest kondycja dzisiejszej myśli kościoła.

W zasadzie nie ma co cytować, zapraszam do lektury całego artykułu, a potem do zapoznania się z karierą zawodową autora. Dodam jeszcze, że dawno nie widziałem tak okropnego typa, dla którego wyrażanie gniewu na rzeczywistość jest „groteskowe”, bo okres dla Krakowa gorący, i co powiedzą turyści, kiedy zobaczą, że komuś w mieście się nie podoba. Bardzo mnie to bawi w kontekście angażowania się w demokratyzację Białorusi. Bo przecież na Białorusi też kogoś może boleć w oczy, że jakaś demokracja się próbuje panoszyć na ulicach, zamiast grzecznie zgadzać się na taką politykę, jaka jest prowadzona.

Błażej Strzelczyk jest mendą wysokiej próby, i jestem pewien, że jeśli w idei piekła było coś dobrego i pięknego: to właśnie jako miejsce dla takich ludzi. Ludzi, którzy bezinteresownie nienawidzą drugiego człowieka tylko dlatego, że ten im źle wygląda i psuje krajobraz.

Obłość opatrzy się w kant

Muszę się podzielić rozterką racjonalisty, i dać świadectwo też muszę. Bo było tak, że 17 listopada 2011 przyśniło mi się, że onkolog w Grudziądzu powiedział mi, że zostało mi pół roku życia. I tak zbliża się czas, kiedy miałbym już, a tu objawów śmiertelnych mniej jakby, co cieszy, i nie wiem, czy umrę jak zapowiedziano, czy może jednak przeżyję, raczej wolę.

To dla mnie przede wszystkim doskonały przykład na to, jak mózg może sobie myśleć rzeczy, widzieć rzeczywistość, mimo że wcale tak nie chcemy, i pamięć nagle funkcjonuje dobrze, wyciąga szczegóły, łączy znaki i porażona racjonalizmem zwraca się w kierunku „a może to samospełniająca się przepowiednia”.

Na wszelki wypadek mam zamiar spędzić noc z 17 na 18 maja na izbie przyjęć szpitala uniwersyteckiego.

Śpię spokojniej

Wiedząc, że gdzieś jakiś doktorant zajmuje się Ortegą y Gassetem. Wiedząc, że świat składa się z ludzi zajmujących się również rzeczami niepotrzebnymi.

Mit produktywności

Nie ma się co czarować: współczesny świat to kultura marnotrawstwa, o czym mi niedawno przypomniał mój znajomy zżymając się na ludzi, którzy wyrzucają chleb. Przypomniałem mu wtedy, że jego praca głównie polega na bardzo nieefektywnym zużywaniu gigantycznych ilości paliwa w celu robienia rzeczy, które można zorganizować w dużo bardziej przemyślany sposób.

Dlatego nigdy nie przyjmę argumentu, że pracując, w przeciwieństwie do doktoryzowania się z Konopnickiej, robi się coś pożytecznego i potrzebnego. Zazwyczaj – nie. Zazwyczaj większość wykonywanych prac ma na celu przelewanie hajsu z miejsca w miejsce i niczemu nie służy tak naprawdę. Ile budynków powstało w kulcie marnotrawstwa, by pomieścić siedziby firm zajmujących się przelewaniem pustego w próżne? Mnóstwo. Ilu ludzi każdego dnia robi rzeczy, które wspierają utrzymanie i rozbudowę systemu, w którym powstaje mnóstwo rzeczy, które są nikomu niepotrzebne? Większość.

Produkcja mitu

Przeciwstawianie sobie użytecznej pracy i bezużytecznej wiedzy jest bardzo fałszywe. Jedno i drugie jest równie bezużyteczne (pamiętajmy też o śmierci cieplnej wszechświata). Ale w obrębie społeczeństw neoliberalnych powtarzać będziemy, że praca brokera reklam jest bardziej wartościowa, bo ma większą wartość wyrażoną w biletach płatniczych Narodowego Banku Polskiego. Ja się oczywiście tym brzydzę, i milszy jest mi pomo doktorant polonistyki niż ty, uperfumowany dilerze zmarnowanych zasobów.

Polityka kulturalna

Polacy brzydzą się kulturą intelektualną i techniczną, brzydzą się kulturą wysoką i kulturą niską. Polacy brzydzą się kulturą i brzydzą się tak w ogóle. Kształt rynku jest zależny od tego, jakimi jesteśmy ludźmi, a jesteśmy ludźmi, którzy nie lubią wykonywać rzeczy zgodnie ze sztuką (kultura techniczna), w sposób przemyślany, efektywny, etyczny (kultura intelektualna) i z poszanowaniem różnych środowisk oraz estetycznie (kultura wysoka).

Dziwi mnie, że w takim kraju ludzie nie dostrzegają potrzeby robienia rzeczy bezużytecznych, które – jeśli nie niosą ze sobą postępu – przynajmniej nie robią tyle szkody, co nasza codzienna aktywność gospodarcza.

PRL-owska mentalność

Ekonomiści bardzo lubią narzekać na PRL-owską mentalność pracowników. Że oczekiwania mają, że chcą bezpieczeństwa socjalnego, pewności pracy, godziwej płacy i prawa do odpoczynku. Że jak uznają, że im się należy, to nic ich nie obchodzi gospodarka i sobie zrobią co chcą.

Tak też jest w przypadku długiego, majowego weekendu. Jeremi Mordasewicz ocenia, że „każdy dodatkowy dzień wolny od pracy to ok. 4 mld zł straty dla gospodarki. I jest to wynik netto (…)”. I ja mam teraz mindfuck, bo:

a) albo jest tak, że działa niewidzialna ręka rynku, i w przypadku popytu przy spadku podaży przychodzi niewidzialna ręka rynku i reguluje: towar drożeje, wszyscy są zadowoleni;

b) wróciliśmy do PRL-u i najważniejsze jest bicie rekordów produkcji, przekraczanie planów, wyrabianie 1000% normy produkcji stali.

W pierwszym przypadku byłbym skłonny zgodzić się, gdybym usłyszał od Mordasewicza, że długi weekend oznacza, że ludzie mniej kupują, i przez to gospodarka traci. Ale szybko wziąłbym koło i pierdolnął się w czoło. Koło od Kamaza oczywiście. Długi weekend to przede wszystkim święto tych, którym się udało. To oni wydają pieniądze podczas długiego weekendu: więcej jedzą, więcej piją, więcej, dalej i drożej podróżują. Potrzebują paliwa i szeregu różnych usług (w tym rozrywkowych) po drodze i na miejscu. Turystyka to także część gospodarki.

W drugim przypadku: jestem totalnie skłonny zgodzić się, że Jeremi Mordasewicz powinien ocenić swoją PRL-owską mentalność jako taką, która może mieć negatywny wpływ na gospodarkę i po prostu zamilknąć na wieki. Wieko-amen, wieko od trumny, w której należy złożyć wszystkie mordasewiczne idee, razem z truchłem balcerowiczyzmu.

W pierwszym przypadku należy zwrócić uwagę, że jakaś okurwieńcza ilość ludzi pracuje na jakiś psich umowach – i 30 kwietnia, 2 i 4 maja – normalnie robią to, co w każdy inny tydzień roku: zapierdalają za psi grosz.

Zwycięzcy w oddali, odlali dość stali

Jeremi Mordasewicz ma długą tradycję plucia w twarz ludziom pracy. Tym ludziom, którzy nie mają prawa do urlopu, a jeśli mają – to zazwyczaj bezpłatnego. Z ich punktu widzenia długi weekend nic nie zmienia: nie pracują, więc nie dostają pieniędzy. Jest im łatwiej wystrzelić z wycieczką, wywczasem podczas długiego weekendu.

Gdzie w tym czasie jest Jeremi Mordasewicz? Czy spędza długi weekend na pilnym i pracowitym ocenianiu sytuacji ekonomicznej i wpływu leniwych pracowników na stan gospodarki? Czy raczej moczy dupę w jakimś ciepłym morzu?

Głupie dzieci

paskudna okładka Technika z wychowaniem komunikacyjnym dla gimnazjum, wydawnictwa Art-Szkol

Będą głupie, bo robimy im krzywdę, masowo i bardzo chętnie. Wpadłem do zioma na kawę i trafił mi przed oczy zeszyt ćwiczeń do Techniki z wychowaniem komunikacyjnym dla gimnazjum wydawnictwa Art-Szkol (srsly, kurwa, co to za nazwa; patrzcie jaką mają piękną stronę!) autorstwa Leszka Bakuna.

strona pierwsza Technika z wychowaniem komunikacyjnym dla gimnazjum, wydawnictwa Art-Szkol

Firma Energopol-Trade-Poligrafia, odpowiedzialna za opracowanie graficzne i druk zrobiła rzecz skandaliczną, nie wiem jak ta banda ciula może spać po nocach spokojnie. Patrzę na to, i płaczę. Napierdolone clipartów, kolory pasują jak świni siodło, niektóre cliparty zasłaniają tekst, złożone to jest jakbym dwunastoletni ja dorwał się do Quarka

.
cliparty Technika z wychowaniem komunikacyjnym dla gimnazjum, wydawnictwa Art-Szkol
cliparty Technika z wychowaniem komunikacyjnym dla gimnazjum, wydawnictwa Art-Szkol
cliparty Technika z wychowaniem komunikacyjnym dla gimnazjum, wydawnictwa Art-Szkol
cliparty Technika z wychowaniem komunikacyjnym dla gimnazjum, wydawnictwa Art-Szkol

Nie moge na to patrzeć, to jest skandal, że dzieci dostają po ryju takim paskudztwem, drogie wydawnictwo Art-Szkol, drogi magistrze Leszku Bakunie: to jest tak, jakbyście nasrali tym dzieciom w twarz i jeszcze rozmazali stopą.

Nie znajduję literek, by opisać moje głębokie wkurwienie. Nie będziemy mieć ładnych rzeczy. NIE BĘDZIEMY MIEĆ ŁADNYCH RZECZY, bo biedne dzieci będą całe życie oglądać gówniane, obrzydliwe, wyrzygliwe podręczniki. Gdzie one się mają nauczyć estetyki.

Drogie dzieci: unikając gapienia się w podręczniki macie szanse uratować swoje poczucie estetyki.

zrosło się, ojoj, ktoś nie zauważył, że należy wziąć pod uwagę grubość zgięcia! Technika z wychowaniem komunikacyjnym dla gimnazjum, wydawnictwa Art-Szkol

Marzę o dniu, w którym ogień piekielny pochłonie Energopol-Trade-Poligrafię, Leszka Bakuna i wydawnictwo Art-Szkol i każdego, kto przyłożył palec do dopuszczenia tego nieopisywalnego gówna do użytku w szkole.

autor mgr Leszek Bakun, konsultacja literakcja mgr Anna Popek, opracowanie graficzne Energopol-Trade-Poligrafia, Technika z wychowaniem komunikacyjnym dla gimnazjum, wydawnictwa Art-Szkol
Art-Szkol ul. Hiacyntowa 10 11-041 Olsztyn tel. 089-523-90-71 Technika z wychowaniem komunikacyjnym dla gimnazjum, wydawnictwa Art-Szkol

I nic nie da się z tym zrobić, bo nikt nie szanuje uczuć estetycznych, można mnie obrażać bezkarnie, żaden poseł się za mną nie ujmie.

Niech płoną, zapracowali sobie na to!

O priorytetach

Jakaś część młodzieży rozmiłowana jest w narzekaniu na to, że panie, ta dzisiejsza młodzież, i ubogaca swoim jęczeniem internety (demotywatory, nudne komiksy, przeorane i na siłę klecone opowiastki z memów, pasuje to jak gwizdek do sutka).

Byłaby się ta młodzież, której jestem przecież częścią, wzięła np. za użycie łba, i podczas porannego szluga na balkonie, z widokiem na ludzi, którzy od równej szóstej napieprzają na siłowni (wiecie, jak okrutnie się zmęczę, jak patrzę na ich podnoszenia, ich krew, pot i łzy wydalane na bieżni?!) dała sobie chwilkę na refleksję nad takim oto hasłem: „on/ona/ono jest i do tańca i do różańca”. Czego tu nie mamy? Nie mamy nic o pracy, nie mamy nic o współmyśleniu, nie ma nic twórczego. Jest za to bezmyślna konsumpcja treści.

Co oczywiście zostawiłbym pod rozwagę współczesnej młodzieży, ale przecież nic się nie zmienia.