Ludzie z procentami

Problem zaś polega w uproszczeniu na tym, że koszty radzenia sobie z nawałem skomplikowanych i często sprzecznych regulacji w Polsce są równe kilku procentom PKB. Gdyby znieść połowę z nich, za dziesięć lat bylibyśmy bogatsi niż teraz nie o 40 proc., ale o 80 proc.

– Ignacy Morawski, ekonomista WestLB Polskatutaj

Osiemdziesiąt procent bogactwa więcej. Do dziewięćdziesięciu procent zmarszczek mniej po siedmiu dniach kuracji. Jeszcze bielsza biel.

Perpetuumdobrobyt, bogactwomobile

Bardzo lubię język, bo można dzięki niemu ładnie kłamać. Kłamać tak, jak robi to Ignacy Morawski – sugerując, że istnieje jakieś wspólne bogactwo, do którego wszyscy mamy równy dostęp. To taki rodzaj poprawy stanu rzeczy od którego jeszcze nikomu się nie poprawiło. I, w przeciwieństwie do zwolenników neoliberololo – mogę po prostu wziąć pierwszy lepszy link z eresesów i powiedzieć: wsadźcie sobie taki dobrobyt.

Poczta Polska po 11 miesiącach tego roku ma 112 mln zł zysku brutto. Jak twierdzi sam operator, obecny wynik to efekt restrukturyzacji rozpoczętej jeszcze w ubiegłym roku. Spółka zwolniła część pracowników i porozumiała się z załogą w sprawie nowych (mniej korzystnych) zasad wynagradzania.

Pytanie brzmi: komu zrobiło się lepiej od 112 mln zł zysku brutto po 11 miesiącach. Zwolnionym pracownikom? Pracownikom, którzy przejęli obowiązki po zwolnionych? Może mniej korzystne zasady wynagradzania sprawią, że będą bardziej wydajni i przez to, co nie ulega wątpliwości, bardziej zadowoleni i będą czuli, że jest im obiektywnie lepiej?

Gdzie tworzy się nasze, wg Morawskiego, wspólne bogactwo? Tutaj np.:

O sukcesie subregionu katowickiego zdecydowała m.in. dobra – z punktu widzenia pracodawców – sytuacja na rynku pracy. W tym regionie jest dużo wykształconych pracowników, a jednocześnie występuje bezrobocie. W efekcie łatwo o znalezienie wykwalifikowanej kadry.

Doceniam szczerość. Wreszcie wiadomo, gdzie bogactwo ma dobrobyt.

No właśnie. A gdyby tak zamiast „bylibyśmy bogatsi niż teraz nie o 40 proc., ale o 80 proc.” mielibyśmy chociaż o dziesięć procent więcej dobrobytu? Problem jest ilościowy: ludzie mają interes w zwiększaniu dobrobytu. O czym niewielu mówi a neoliberalna propaganda skutecznie popycha memy, że każdy na tym rynku może, jeśli tylko umie i będzie dostatecznie ciężko pracował. Co jest oczywiście bzdurą, bo na rynku może ten, kto ma kapitał. Stąd jest to kapitalizm, nie przedsiębiorcyzm, nie pracownicyzm.

Urlop ojcowski

Jeśli by iść obrzydliwą, seksistowską metaforą Morawskiego – inwestorzy poszli na urlop. Na urlop od odpowiedzialności za państwo i za obywateli (odpowiednio: dziecko, zła matka). Co oczywiście nikogo nie dziwi.

Nie widzę żadnego powodu, by w krajach naszego kręgu cywilizacyjnego nie nakazać inwestorom tworzenia rad robotniczo-chłopskich podporządkowania się mechanizmom społecznej kontroli. Niech za wielkim kapitałem idzie wielka odpowiedzialność.

Jeden z wybitnych polskich informatyków powiedział kiedyś na zamkniętym wykładzie: radzę swoim studentom, żeby wyjeżdżali robić doktorat za granicę. W takich warunkach nasz sukces gospodarczy ograniczy się do bycia montownią dla firm ze strefy euro.

O, znów: znów jest jakiś „nasz” sukces. Być może nieco na wyrost dopatruję się także troski o los robotników w tych fabrykach. Troski o ich dobrobyt.

Wstawać i pra-
cować i mieć
nie bardzo mogę, nie bardzo chcę

Wszystkie historyjki, opowiadane przez grzecznych i przyzwoitych ludzi w garniturach i garsonkach, historyjki o tym jak potrzebne są zmiany w prawie, zmiana, albo i nawet odpuszczenie pewnych regulacji, by rynek uczynić bardziej dynamicznym, pracowników bardziej mobilnymi, a firmy bardziej konkurencyjnymi – są po prostu nieszczere. Ci ludzie nie reprezentują interesów ogółu (co powinno być zadaniem polityków), nie reprezentują interesu pracowników (co powinno być zadaniem związków zawodowych), nie reprezentują interesu przedsiębiorców – oni reprezentują interes swoich klientów. Interes ich klientów nie potrzebuje dobrobytu. Ten interes potrzebuje więcej i więcej bogactwa. I zawsze lepiej tego bogactwa o osiemdziesiąt procent więcej niż procent czterdzieści.

Ignacy Morawski i jego pracodawca powrócą w notce Pozycja na walutę.

Syndrom sztokholmski

Różnica między bogiem pogańskim a bogiem chrześcijańskim jest tylko różnicą między człowiekiem czy ludem pogańskim i chrześcijańskim. Poganin jest patriotą, chrześcijanin kosmopolitą, stąd również bóg pogański jest bogiem patriotycznym, a bóg chrześcijański bogiem kosmopolitycznym, tzn. poganin czcił boga narodowego, ograniczonego, gdyż nie wznosił się ponad granicę swojej narodowości i wyżej cenił naród niż człowieka; natomiast chrześcijanin ma uniwersalnego, powszechnego boga, który obejmuje cały świat, bo sam chrześcijanin sięga poza granice narodowości i przyznaje godność ludzką i człowieczeństwo nie tylko jakiemuś określonemu narodowi.

— Ludwik Feuerbach, Wykłady o istocie religii, wykład trzeci.

Wielokrotnie dawałem wyraz swojej niechęci do polityki jako takiej – jeśli chcesz, żeby przyzwoity człowiek stał się zajadłym przeciwnikiem: wystarczy znaleźć odpowiednią linię podziału; niezależnie czy chodzi o ocenę przeszłości, czy o preferowaną ideologię, czy o kształt systemu podatkowego.

Tak jak dla Feuerbacha chrześcijaństwo wyjęło postrzeganie bliźniego jako kogoś obcego, inny gatunek – tak dla mnie koncepcja demokracji wyjmuje przeciwnika politycznego i ideologicznego jako wroga.
Kiedy widzę gesty solidarności – widzę je jako, oprócz zwykłej empatii, okoliczność, która mówi: jesteśmy jednym, ludzkim rodzajem.

Jestem pod wielkim wrażeniem przemian, jakie zaszły w świecie: pierwszej wizyty francuskiego kosmonauty na stacji MIR, współpracy USA z Rosją w utrzymywaniu jej; stworzenia Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Cieszę się, że Polska jest ważnym uczestnikiem badań w CERN. Cieszę się ogromnie, że żyję w świecie, w którym po raz pierwszy pokój, spokój i wolność są tak powszechną wartością, w którym mocarstwa atomowe podejmują stały wysiłek w celu zredukowania arsenałów jądrowych.

Jako obywatel Unii Europejskiej, Polak, Ślązak, gej – mam ogromny przywilej bycia człowiekiem wolnym. Tak w kwestii podejmowanych decyzji, wyboru światopoglądu jak i w zasadniczo każdej innej, która dotyczy mojego, określonego w ramach współżycia społecznego, funkcjonowania. Jest rzeczą niespotykaną nigdy wcześniej w historii i nigdzie indziej poza współczesną cywilizacją zachodnioeuropejską, by móc żyć tak, jak dziś żyjemy.

Przeżywam w tym czasie również swoją prywatną żałobę – w piątek odbył się pogrzeb kogoś mi bliskiego. Była to jednak śmierć, której się spodziewałem. Nigdy jeszcze w moim otoczeniu nie zdarzyła się śmierć nagła – mogę sobie więc tylko wyobrażać, jak to jest nagle stracić ludzi, z którymi wiązało się plany na przyszłość. [I tak jest, wbrew temu co pisze Joanna Senyszyn a dzięki paranoi i obsesyjnych myślach o śmierci – robię to często; jednak nie ma to nic wspólnego z emocjami, które mogą się pojawić, kiedy coś takiego się stanie].

Przyszłość

Wydarzenia ostatnich dni chcę widzieć jako rewelacyjny wynik w egzaminie na współczesne, demokratyczne społeczeństwo. Społeczeństwo które – niezależnie od uznawanej opcji politycznej, ideologicznej i religijnej – widzi tragedię ludzi i współczuje. Społeczeństwo, które – zamiast poddać się potrzebie zrealizowania swoich interesów – wierzy w demokrację i ufa konstytucyjnym zasadom. Społeczeństwo, którego – pomimo wszystkich jego niedostatków – częścią dobrze jest być.

Możliwe że to tylko myślenie życzeniowe, ale mam nadzieję, że wydarzenia ze Smoleńska staną się symbolem, symbolem, który umożliwi zbliżenie Rosji i Polski. A w konsekwencji Rosji i Europy. Od zawsze tkwi we mnie pogląd, że nie ma zjednoczonej Europy bez Rosji (możliwe, że wcześniej dawałem temu wyraz przy okazji problemów z tarczą antyrakietową). To, czego sobie życzę w chwilach, kiedy słucham słynnego przemówienia Kennedyego na uniwersytecie w Houston – to tego, by nasi naukowcy i ich naukowcy pracowali razem dla dobra ludzkości jako takiej. Tak, aby pewnego dnia czyjeś (być może moje) wnuki powiedziały po prostu „nasi naukowcy”.

Ścieżki bezrobotnego inteligenta, niezbadane są i basta

Ładna interpunkcja, inteligencie.

Ta wstrętna biurokracja!

Nie rozumiem, dlaczego ludzie są takimi zapiekłymi przeciwnikami reguł, zasad i przepisów. Zwłaszcza, że dziś można bardzo łatwo (zomg, internets; also: telefon) uzyskać informację o tym jakie papiery, jakie wymagania, jakie procedury (hint: wykluczenie cyfrowe przecież nie w tym jest wredne, że ktoś nie poczyta, co tam rozbrzmiewa na salonie24 a na tym, że się człowiek nie będzie mógł dobić do ważnych informacji, które go dotyczą).
Znaczy, rozumiem bardzo dobrze.

#dramatyinteligencji

Udałem się do Urzędu Pracy celem zarejestrowania się. Urzędniczka Krystyna P., która poprzedniego dnia pognała mnie na cztery wiatry ze względu na niedoskonałości biurokratyczne trawiące bezwzględnie moją dokumentację, tym razem przyjęła mnie zapraszającym mruknięciem

Och, ze drama. Przyszedłem bez kompletu papierów i dziwię się, że usłyszałem: soraski, ale nie bardzo. Ale nie o to przecież chodzi. Język. Po kimś, kto w miarę poprawnie posługuje się językiem można spodziewać się, że będzie również posługiwał się deklem. Ktoś taki przecież w pierwszy dzień przyszedłby z pytaniem: jakie dokumenty muszę mieć, co muszę wypełnić, ile to potrwa. Zawsze można też zerknąć do Google i trafić na kompletną informację, dowiesz się też jakie warunki musisz spełnić.

Wiecie, to nie jest żaden dramat nie wiedzieć. Zwłaszcza, kiedy robisz coś pierwszy raz. Dramat leży oczywiście nieopodal: ja jestem inteligent, ja nie muszę wiedzieć jak jest, ja wiem, jak powinno być.

„Pozostaje pan bez pracy dłużej niż sześć miesięcy, więc zasiłek panu nie przysługuje”
To niesprawiedliwe – mruknąłem pod nosem zgodnie ze swym sumieniem oraz głębokim przekonaniem, graniczącym z pewnością.

Cry me a fucking river.

Następnie zadała jedyne w jej opinii słuszne pytanie – „A dlaczego?”
A dlatego – odrzekłem całkiem spokojnie – że przez poprzednich kilka miesięcy zajmowałem się szukaniem pracy. W wolnych chwilach, spółkując z pewną dwudziestopięciolatką dla relaksu, tudzież z miłości, miałem jednocześnie wizję obciążania budżetu naszego pięknego państwa swoim zasiłkiem jako ostateczną.

Wiecie jak niezawodnie rozpoznać buca? Będzie opowiadał pierdoły, które wydają mu się zabawne, zupełnie pomijając to, że takich „dowcipnisiów” obsługujący go urzędnik słyszy w ciągu dnia od cholery. I to, srsly, nie jest zabawne.

Mając świadomość, że ów budżet jest i bez mojego udziału napięty jak sytuacja na Bliskim Wschodzie i dziurawy niczym portki pięciolatka. Sytuacja stała się jednak na tyle beznadziejna, że nie mając innego wyjścia, postanowiłem na tę suchą gałąź budżetową usiąść i ja.

A, więc koleś po prostu opowiada o „borze, co ja bym jej powiedział, jak jak bym się jej odgryzł, jak ja bym jej dał do zrozumienia”. Ale, ale: na co się liczy taką głupią opowiastką? Że urzędnik się uśmiechnie i powie: a, wie pan, jest pan tak dowcipny, że ja panu ten zasiłek przyznam?

Po raz kolejny okazało się, że wystarczy mieć marzenia – moje akurat zawsze dotyczyły podróży – wystarczy bardzo chcieć, a cały wszechświat skupia się na tym, by w spełnieniu owych marzeń dopomóc. Wiedział to Budda, Chrystus, Newton, Lincoln, Einstein, a teraz wiem ja, i pani Krystyna z Urzędu Pracy przy ul. Ciołka 10a.

Ach, jaki wystudiowany żarcik. Bo dostał darmowe przejazdy do Urzędu Pracy.

Duma i uprzedzenie

Gdybym był upadłym inteligentem (pewnie gdzieś z granicy LMC wpadającej w LC), to wizyta w pośredniaku byłaby dla mnie (not really), rzeco, przecież ja nie jestem jak ci wszyscy ludzie, którzy zamiast dbać o edukację mieli wszystko w dupie. Patrzcie, jestem mądrzejszy, potrafię skonstruować dowcip, nie muszę silić się na sarkazm. OMIGOD, powiem wszystko i zrobię wiele, ale nie klasyfikujcie mnie jako zwykłego nieroba, obiboka, lenia i debila, który nie potrafi znaleźć pracy. Przecież nie jestem taki jak oni, patrzcie, patrzcie: wiem, że bycie bezrobotnym kosztuje. A z drugiej strony chciałbym przechytrzyć system: przychodzę i od strzału załatwiam wszystko. Nie jestem jak ci, co muszą pytać.

Naszego inteligenta w zetknięciu z urzędem boli procedura. A boli go, bo udowadnia, że nie jest różny od ludzi, którymi do tej pory gardził.

Idą lulzy

Niezawodny blip (dzięks ^szwedzki) dostarczył list, w którym autorka żali się, że mężczyźni nie zwracają uwagi na inteligentne okularnice.

Srsly, czy inteligent to ktoś, kto rozsyła swoje dramy po gazetach?

A, jeszcze, inteligencie – znak, którego szukasz to średnik.

Bzdura

Jest mi bardzo wszystko jedno z powodu prawie tl;drowej generalizacji Pauliny Wilk. W zasadzie jedyne co mi kołatało pod deklem kiedy czytałem jej tekst w rzepie: czy ja jestem z opisywanego przez nią pokolenia?

Analogia przez analogię

Pokolenia są niemożliwe. Równie dobrze można by mówić o pokoleniowym doświadczeniu gejowstwa: w końcu co jakiś czas kolejni kolesie orientują się, że nie wyobrażają sobie uprawiać seksu z kobietami. No jasne, można kombinować, że jest jakieś „pokolenie” które doskonale pamięta akcję Hiacynt albo takie które to poznawało ludzi do seksu na pikietach czy świetnie kojarzą dyskotekę Paradise. Tyle, że są też geje, którzy tego kompletnie nie kojarzą. Nawet nie dlatego, że nie żyli w tamtych czasach ale dlatego że w tym czasie robili coś zupełnie innego.

Dzieciństwo jako dramat

Nie wierzę ludziom, którzy twierdzą, że doskonale pamiętają dzieciństwo i udają, że mieli wtedy taką samą świadomość jak dziś. Ja sam niewiele pamiętam i mam wrażenie że gdzieś do 12 roku życia (kiedy to zaczęła budzić się we mnie seksualność) nie miałem wykształconego przeświadczenia o tym że jestem (kiedy takie przeświadczenie się wykształciło objawiło się przerażeniem że zniknę, umrę).

Mam wrażenie, że zyskiwanie świadomości przez dziecko jest dramatem na tyle, że okoliczności w jakich się zyskuje nie są takie istotne. Owszem, jak się jest katowanym przez ojca to można nabawić się jakiś jebniętych wzorców. Takim wzorcem który pamiętam z własnego dzieciństwa jest strach przed wojną atomową. Nie bardzo pamiętam skąd się wziął, ale jeśli coś w moim dzieciństwie jest wyraźne – jest to strach.

Dalej będę jeździł walcem

Jeśli o istnieniu jakiegoś pokolenia ma świadczyć wspólnota doświadczeń to koncepcja się wywala; nawet jeśli wszyscy cierpimy na jakieś lęki i z powodu strachów – ich konfiguracja, natężenie i różnorodność jest często na tyle niepowtarzalna (lub rzadko powtarzalna), że nie będzie obejmowała jakiejś większej części ludzi urodzonych w danym przedziale czasowym. Więc nie będzie pokolenia.

Jeśli o istnieniu jakiegoś pokolenia ma świadczyć wspólny kontekst kulturowy to koncepcja się wywala; nawet jeśli jakaś spora liczba ludzi dzieli podobny sentyment do kreskówek, komiksów, oranżady w proszku czy batonów kukuryku to przecież każdy z nas w różnym stopniu. A najważniejsze będzie to, że w jakiś kontekst kulturowy można się po prostu wbić grepując literaturę, muzykę, filmy z danego okresu.

Jeśli o istnieniu jakiegoś pokolenia ma świadczyć uczestnictwo w wielkich wydarzeniach to koncepcja się wywala; jedyne co można czuć mając lat 8-12 to strach, podniecenie, niewiadomą z powodu zmiany. Nie można w niej uczestniczyć nawet jeśli rodzice drukują na powielaczu ulotki. Czym to się ma niby różnić od rodziców, którzy drukują ulotki jakiegoś MLM-owego sziteksu? Atmosfera podniecenia z powodu zmiany jaką może dać sukces w systemie może być równie silna jak atmosfera poważnej zmiany systemowej. Strach wynikający z tego, że przyjdą i za działalność na szkodę systemu zamkną ojca rodziny niczym nie różni się od strachu dziecka gangstera.

Kiedy przyjdą podpalić dom

Babcia mojego dobrego zioma przeżyła wojnę zupełnie bez świadomości że wojna się toczy mimo że mieszkała jakieś 10 kilometrów od obozu koncentracyjnego. Mój ojciec obserwując jak dziś żyją, bawią się i uczą młodzi ludzie nie dostrzega znaczących różnic pomiędzy tym, co on i jego ziomale robili. Ot, jest więcej technologii, łatwiej się przemieszczać, świat się skurczył. Ale zasadniczo problemy się nie zmieniły – nieudane pierwsze miłości, inicjacja seksualna, odnajdowanie się w świecie, weryfikowanie marzeń. Podziały na fajnych i niefajnych, bogatych i biednych, kujonów i luzaków są takie same. Być może są bardziej wyraźne, lepiej opisane, częściej się o nich mówi.

Jestem pewien że znajdzie się jakaś Paulina Wilk która za 20 lat będzie pisała o pokoleniu ludzi którzy dojrzewali w czasie kiedy Polska wchodziła do UE. I będzie to takie samo pieprzenie w poszukiwaniu jakiejś wspólnoty.

Cień gazety

Krąży po świecie emo/porno (YMMV) zmierzchu prasy drukowanej. Dla mnie bomba, będą fajne wodo&syfoodporne czytniki, nie trzeba będzie dymać w deszczowy poranek do kiosku po gazety.

MRW wrzucił temat „dnia kasety” który przypomniał mi o tym, z jaką radością pozbywałem się kulawych technologii. Już w 2000 roku ostatecznie porzuciłem dyskietki (jeszcze jakiś czas używałem Iomega Zip), niedługo potem pozbyłem się kineskopowego monitora, olałem zupełnie MiniDisc bo od początku wydawał mi się ślepą uliczką. Dziś praktycznie nie korzystam z płyt CD/DVD w komputerze (choć wciąż jeszcze do odtwarzania filmów, ale te które oglądam często – ripuję i wrzucam na domowy serwer) a do Blu Ray mam niezakonieczny stosunek choć są filmy dla których jest to coś, co zafunduję sobie pod choinkę; VOD to przyszłość.

Świętowanie dnia kasety zupełnie mi nie wyszło, choć każdy mój Walkman jest sprawny; problem w tym, że leżą na strychu u moich rodziców. Razem z innymi zapomnianymi technologiami. Czasem urządzam sobie wycieczkę i przeglądam pudła z dyskietkami 5.25”. Wielkim szokiem dla mojej siostry było, kiedy pokazałem jej takie dyskietki. Jak dowiedziała się, że toto ma pojemności 1,2 MB zrobiła wielkie oczy: „jak to, przecież gazeta.pl więcej waży”.


Nie ma powrotu do starych technologii: kiedy oglądam dyskietki opisane (dzisiaj pewnie po prostu bym je tagował) „nie ruszać, ważne, kopia #1” i tak kilka dyskietek pod rząd, oznaczone kolejnymi numerami, na wypadek gdyby się któraś spieprzyła, widzę, że dane, które jakiś czas temu były kluczowe a od ich istnienia zależało mnóstwo dupereli są zupełnie nieistotne, ogarnia mnie smutne poczucie przemijania. Dziś są to zupełnie nieistotne pliki, z których większości nie dałoby się przyporządkować żadnemu konkretnemu wydarzeniu/działaniu. Za kilka lat będę czuł dokładnie to samo patrząc na płyty CD/DVD z backupami.

Dosyć narzekania. Jestem pewien, że za jakiś czas ludzie będą organizować „dzień cedeka”. A jeszcze później: dzień gazety drukowanej. Bedą je rozdawać na ulicach; pełne wspomnieniowych treści o tym jak prasa kształtowała kontekst kulturowo-społeczno-łorewa, jak budowała podwaliny pod świat w którym informacja jest wolna, dostępna i służy wszystkim.

Miłego dnia prasy drukowanej, póki można obchodzić go codziennie.

Tłucz buca

Zazdroszczę anonimowym łosiom z internetu, którzy sobie coś pobredzą i nawet nie ma gdzie im przypieprzyć, bo żyją na jakichś salonach24 albo w innych miejscach gdzie komentowanie to droga przez mękę.

Nad Krzysiem -przekraczam-granice-żenady- Leskim poznęcał się już WO (*choć zdecydowanie mocniej poznęcał się MRW) a poza tym co innego ugryzło mnie w emo.

Oto gdzieś w internetsach pojawił się motyw (*nawet sam Michalkiewicz!): Madonna nie wykorzystuje motywów religijnych, ona wykorzystuje motywy chrześcijańskie!!one1eleven (wszyscy wiemy w jakim celu, w celu ośmieszenia, zdyskredytowania undzowajter). U Cezarego Krysztopy, rysownika rysunków satyrycznych (uwaga, żenada) jakiś ziom marudził, że:

Ta pani NIGDY nie pozwoli sobie na najmniejszą nawet prowokację antymuzułmańską, o antyżydowskiej nawet nie wspominając.

Urm, hurm. Kojarząc kurwicę jaka toczy hardkorowych muzułmanów spodziewam się, że byle co poczytaliby sobie jako prowokujące i antymuzułmańskie. Nobo było tak: podczas Like A Prayer poleciały wizualizacje z cytatami z Biblii, Koranu, Tory (podejrzewam, hebrajskie krzaczki), Buddy; imiona boga: Allah, Jahwe, Elohim, Jezus (nie było uznanego ostatnio za oficjalne Adonai). Soł: jeśli masz religijnego pierdolca, to możesz się poczuć obrażony przez Madonnę.

No i jeszcze – łatwe do wygooglania jest, jakie niehalo zrobiła Madonna swoją kabalistyką u hardkorowych przedstawicieli gatunku.

Auch: oglądałem teraz Między Niebem a Ziemią – taki religijny program w TVP1 gdzie z koncertu Madonny zrobił się motyw przewodni. Wiecie: jak patrzyli mi do łóżka to nie protestowaliście, bo nie spaliście z partnerami tej samej płci; jak zakazywali nam organizacji koncertów nie protestowaliście, bo nie słuchaliście Madonny; kiedy chcieli zakazać nam aborcji na życzenie nie było komu protestować; Oh, wait.

Stoczniowcy gdańscy, poddajcie się!

Na wypadek gdyby kolejnemu bucowi w internetach zdarzyło się udowadniać, że antysemityzmu nie ma – fotka z dzisiejszego (28 kwietnia 2009) protestu stoczniowców.

image014

To przecież oczywiste kto jest winien problemom polskich stoczni: żydzi (i pewnie pedały też, bo w końcu to jedna, unioeuropejska banda).

image015

Chłopiec do bicia jest a ci, którzy faktycznie są odpowiedzialni za to co się stało mają kompletnie wyjebane (aż by się chciało krzyknąć w Ballmerowskim stylu: Menedżers, Menedżers, Menedżers).

Znam parę osób, które dobrze się przytuliły w czasie transformacji do majątku narodowego. Wiem jakie to krótkie chujki, jak uprawiali radosną jumę w czasie komuny i jak jumają do dziś (jeśli jeszcze mogą, część z nich spoczywa łaskawie w gościnnych glebach lasów pod Łaskiem, woj. Łódzkie) – Polacy z dziada pradziada, kolesie w typie ulubieńca Quasiego – Nicponia.

Trudno jest mi ubolewać nad losem stoczniowców – to wśród nich najwięcej homofobów, rasistów i antysemitów. Wołają o solidarność społeczną samemu mając kompletnie i arcywyjebane na solidarność. Ich manifestacja to szukanie winnego a nie prośba o współpracę różnych grup społecznych. Nie chcą dialogu – nie będą gadać z kolesiami którzy urządzają sobie parady propagujące dewiacje. Pedały w tym czasie deklarują że jest im bardzo wszystko jedno na okoliczność ich praw i chcą głosować na PO.

image018

Jeśli ktokolwiek w tym kraju sobie życzy solidarności społecznej – soraski, ale będzie musiał zacząć budować ją od siebie. Ja jestem gotowy iść ramię w ramię ze stoczniowcem który traci pracę przez jumę jakiegoś frajrea. Jestem gotowy iść ramię w ramię z takim kolesiem pod takim warunkiem: kiedy pójdzie o poszanowanie mojej inności stoczniowiec będzie stał po mojej stronie; kiedy będę domagał się prawa do ustalenia sytuacji prawnej mojego związku – stoczniowy związkowiec będzie stał za mną wierząc, że to, co jest dobre dla mnie jest dobre dla społeczeństwa i dla niego. Solidarność to kompromis – tak długo jak stoczniowcy, górnicy, pielęgniarki, lekarze, nauczyciele, emeryci, przedsiębiorcy, urzędnicy i cała reszta tego nie zrozumieją – tak długo będę miał wyjebane i w duchu gejkorwinizmu będę korzystał sobie z bariery która dzieli mój świat od waszego.