W stronę zachodzącego słońca

Jechałem wczoraj z miasta na wieś, i w blasku zachodzącego słońca zaświtało mi, że nigdy z nikim nie będę miał tylu wspólnych neuronów, co ze Sławkiem.

To i namiętność do papierosów. Jedyne, co pozostaje wspólne dla tego, co było przed i tego, co jest teraz. Prochy i problemy z deklem, nagłe przepoczwarzenie, wszystkiego uczysz się na nowo. Ten stół, ta ława, to światło za oknem – to już nie jest to światło, ten stół, ta ława, to są zupełnie nowe rzeczy, do nauczenia się. Pierwsze kroki po okresie dosyć dramatycznym, obfitującym w zepchnięcie się ze wszystkim pod własny dekiel, zastanawiałem się nawet, czy nie mam autyzmu, drażnią cię dźwięki, obiekty, a w wyobraźni dzieje się własna prywatna odyseja kosmiczna 2001, sceny ostatnie, zaludnia się ludźmi i obiektami, by stać się jałową pustynią, na której zaraz wyrastają kwiaty, a pośród nich ludzie, którzy mówią, którzy milczą, patrzą, mrugnięcie okiem, już jesteś z powrotem, stoisz przy barierce w galkraku, na 3 piętrze (+1, licząc od poziomu gruntu), stajesz się trzymanym w dłoni telefonem komórkowym, wypadasz sobie z ręki, pędzisz w dół, rozpadasz się na kawałki, oczy gapiów, stajesz się nimi, milionem oczu wgapionymi w samego siebie, bum, minęło ledwie mrugnięcie powiek, w twoim mózgu wydarzył się mały, prywatny wszechświat.

Reklamy

Fetch me, and then just push me, till I can get my satisfaction

Drodzy programiści rozwiązań mobilnych,

doceniam wasze starania o pchanie mi kontentu, jak pod koniec XX, kiedy to technologię push – pchanie treści do użytkownika końcowego – usilnie wciskał Microsoft (dopakowywał również aktywny pulpit, na którym – o zgrozo – można było sobie wyświetlić specjalnie spreparowaną stronę internetową; albo jakąkolwiek stronę, co było głupie jak paczka gwoździ). Technologia ta szczęśliwie umarła, zastąpiona przez RSS.

A teraz wsadzamy ołówek w kasetę i przewijamy do przodu: jest piątek, 13 kwietnia 2012 roku. Wszystkie aplikacje, które mam w telefonie, łącznie z głupią appką do zabijania czasu (jakieś diamenciki, co jak trzy obok to robi «bdlium» i znika) chcą synchronizować swoje ustawienia i zawartość z moim kontem iCloud. Wszystkie appki, które są od tego całego sozial-netzwerku chcą pchać do mnie informację o tym, że mnie ktoś oznaczył, że ktoś o mnie wspomniał, że ktoś mi skomentował, że mnie ktoś zaprasza do. Wszystkie kalendarze i maile, i powiadomienia, i duperele, i co ino, i każda najmniejsza bzdura, z każdej appki, w której coś się pojawia: dane chcą mi być pchane bez ustanku w objęcia mojego sprytnofonu (odzyskałem w piątek „fon”, jeszcze raz serdecznie polecam przemiłą ekipę MacSupport.pl, mam o nich notkę).

I teraz przychodzą takie opcje: mogę to wszystko albo puścić rurą w czarną otchłań, wyłączając wszelkie pushe (przy czym nie wiem, czy to tak finalnie i całkowicie wyłącza korzystanie z tej pushowatej usługi od Apple) i pozbawiając się tym samym powiadomień, albo mogę sobie zarzynać baterię w 6-8 godzin.

BEP mają o tym piosenkę

Drodzy programiści rozwiązań mobilnych, spotkajmy się:

w połowie drogi. Chcę dostawać powiadomienia, ale weźcie mi to fecznijcie raz na pół godziny po wifi, raz na godzinę po edge/3g. Dotakowo: nie wykorzystuję, lajk, 95% funkcji appek takich jak fb i g+ – z radością wzniosę toast kubkiem gorącego smalcu w waszej intencji, jeśli dostarczycie mi lekkie appki, które spełniają tylko podstawowe funkcje.

Dodatkowo: używajcie pusha z umiarem. Fajnie się przyda w aplikacjach, które są komunikatorami. Tam, gdzie ktoś potrzebuje powiadomień natychmiast (bo ja wiem, appka, że czeka nerka, albo serce na przeszczep) – zazwyczaj jednak: nie ma takiej potrzeby. Fetch raz na 30 minut/godzinę jest totalnie wystarczający.

Czego sobie i państwu życzę.

[wygrzebane] rzeczy, którymi mogę (się podzielić)

I. Rozmowy prywatne.

Umieranie boli. Zwłaszcza jak rak wpierdolił ci krtań, rozpłynął się z limfą po całym ciele, znalazł sobie ciepły kurwidołek przy zwieraczu i każde wydalanie zmienia się w przezodbytnicze rzyganie resztkami żołądka. Umieranie może być łatwe, pod warunkiem, że się umiera nagle. W wypadku. Coś nagle wżeni ci się w potylicę i już po tobie. Góra 6 sekund przytomności, a potem to już tylko w piach. Umieranie na raka boli. Umieranie świadome boli. Wiem, że się skurwysyn bał, nawet mnie by tego nie powiedział, ale wiem. Teraz już nic nie powie. Sączy się z niego bełkot a jego mózg, pewnie nadżarty albo wypchany nowotworowym nasieniem śni jeszcze bardziej kosmiczne wizje niż wtedy kiedy szprycował się kwasem. Do tego podlany morfiną w ilości, która każdego nieprzywykłego by zabiła. Jest w innym świecie, ale wiem że cierpi. I to ani cierpienie fizyczne, ani cierpienie psychiczne. Nie ciąży mu też nic na duchu bo leżąc tutaj pozbył się wszelkiego złudzenia, że człowiek to cokolwiek więcej niż wór mięsa. Chwytam go za rękę, ale nie czuję jakiegoś żalu. Po prostu, wkurwienie. Bardziej dlatego, że wiem, że umrę, że on skurwysyn mi o tym przypomina. Wychodzę na korytarz, wchodzę do windy, trzy piętra w dół, holem do wyjścia. Siadam na ławce, piździ, bo to przecież jebany listopad, jakby złamas nie mógł umrzeć choćby we wrześniu. To dobry miesiąc na pogrzeb, raczej nie powinno padać, może się trafić piękne słońce i nie trzeba nosić rękawiczek żeby paluchy z mrozu nie zgrabiały. Nieładnie jest umierać w listopadzie – myślę, idąc korytarzem. Odpalam papierosa siedząc na ławce, trzęsę się z przerażenia, ale kiedy Kama podchodzi kłamię, że to z zimna.
W umieraniu nie jest najgorszy ani ból, ani to, że zapomną o tobie, ani to, że ciebie nie będzie. W umieraniu najgorsze jest to, że nikt z nami nie będzie chciał się rozliczyć. Wszyscy będą przepraszali za popełnione wobec ciebie winy z udawaną pokorą. Nikt z nich nie pokusi się o pokutę. Przyjdą, przyjadą z daleka, powiedzą przepraszam, będą się bili w piersi. Ale każdy z nich nie pogodzi się z tym, że jest złamanym fiutem, i takim złamanym fiutem był wobec nas. Dlatego, jedynie dlatego będzie mi go brakowało. I pamięć o nim będzie mi przypominała o paskudności, obleśności, brzydocie umierania i będzie mnie prowokowała by myśleć o mojej śmierci jako o zdarzeniu na które muszę mieć wpływ, które muszę kontrolować, zaplanować, przemyśleć.
Umieranie jest wredne, nawet bardziej niż całe życie, bo nie daje żadnego powodu, by posiadać wrażenie że się ma na cokolwiek wpływ. Wchodzę na górę, pociągam łyk zimnej wódki, siadam na krześle. Umiera, zlatują się pielęgniarki, Kama płacze, całuje go po twarzy i rękach. Jestem spokojny. Jestem sam. Nie mam już punktu odniesienia.

II. Depresja pośmiertna.

Najlepsze w cudzym umieraniu jest to, że śmierć to świetna wymówka do schowania się przed życiem. Akurat trafia mi się epizod depresyjny a jako że nikt nie daje wiary w schorzenia psychiczne to śmierć „przyjaciela” jest niezłym powodem by być w emocjonalnej i mentalnej dupie. Dzięki temu mogę spać do południa, palić papierosy w łóżku i oglądać tyle pornosów ile tylko moje dwumegabitowe łącze jest w stanie przepchnąć. Rozpadam się, to wychodzi mi nieźle. I mam powód, fakt że kłamliwy, bo jego śmierć zupełnie mną nie wstrząsnęła. Po prostu mam depresję, jak co 8-11 miesięcy. Znów zawalę rok na studiach. Znów jestem kłopotem, problemem, powodem do zmartwień. Wstaję wieczorem, ciemno za oknem, grudzień. Idą święta, nie ma śniegu, kolejna dziwna zima bo ocieplenie klimatu, ale gówno mnie to obchodzi. Znów będzie zarżnięty karp. I kapusta z grzybami. I choinka, i znów będę popychał te same dyrdymały, że radzenie sobie z samym mną mnie przerasta. Gówno prawda po prostu uciekam od życia.
Zima z depresją to taki czas, że zachodzi słońce i wschodzi słońce. Coś się zeżre, przyjdzie ktoś z pocieszeniem. Dobrym słowem albo innymi duperelami, jakimś prezentem bo to przecież moje urodziny. Będzie pierdolił że wsparcie i że mogę liczyć. W zasadzie pełna samotność i raczej niezmącona cisza. To tak jakby przez kilka miesięcy siedzieć zamkniętym w klasztorze, w którym nie wolno ani dupczyć ani gadać. Przy czym przestrzega się obu zakazów. Leżę, zima. Wkurza mnie ósemka która wyrasta pod szóstką, zgryzu domknąć nie mogę. Wkurza mnie, że gorzej na prawe oko widzę, że kolagen w oczach mi się ścina i nitki jakieś przed oczami. Ale leżę, co mam lepszego do roboty, zimno, wieje, ciemno. Lubię zimę, świetnie wypoczywam. Cisza, papierosy, łóżko, pornosy i ja.

III. Wiosna

Zanim przyjdzie wiosna przychodzi niepokój. To, wbrew temu co powiadają meteorolodzy czy botanicy, czy specjaliści od zwierzątek – pierwszy oznak zbliżającej się zmiany. To niepokój powoduje, że żonkil wychyla się z bezpiecznej gleby by zobaczyć co się dzieje. To strach powoduje że świstak wystawia paszczę z jamy i świszczy. Zima jest od bezpiecznego czekania, a depresja jest bezpieczna. Jest smutna, a smutek jest dosyć stały. Jest ledwie kilka powodów dla których możemy być smutni, w zasadzie tylko stopniować można, co nam większy smutek powoduje. Radość jest skomplikowana, wielopoziomowa, zależna

Piosenki przy których płaczę

W związku z czym życzę sobie pokoju na świecie i większych baterii w smartfonach.

Stąd też dziś zamiast potoku nienawiści – dużo radości i optymizmu.

Kategoria: słynne ptaki za dwieście

Bezgłowy kurczak Mike jest moją ulubioną a zarazem najbardziej wdzięczną figurą retoryczną jaka kiedykolwiek chodziła po ziemi. Jest ślepy i kompletnie zależny. Do tego – zasadniczo już jest martwy. Hej, to zupełnie jak my! O czym radośnie donosi Stephen Hawking:

I see great danger for the human race. There have been a number of times in the past when survival has been a question of touch and go.

The Cuban missile crisis in 1963 is one of these. The frequency of such occasions is likely to increase in the future. We shall need great care and judgment to negotiate them all successfully.

Co oczywiście wywołuje we mnie potrzebę wzruszenia ramion, no, może jeszcze mogę z siebie wyrzucić wypłacz mi tako rzeke. Ale przypomina o czasach, w których górna granica podatkowa w USA wahała się pomiędzy 91 a 70%. I inne rzeczy były dobre:

Przy tym zdarzyło mi się płakać.

Przerwana lekcja fizyki

On this day I climbed a tall cherry tree at the back of the barn . . . and as I looked toward the fields at the east, I imagined how wonderful it would be to make some device which had even the possibility of ascending to Mars, and how it would look on a small scale, if sent up from the meadow at my feet. I have several photographs of the tree, taken since, with the little ladder I made to climb it, leaning against it.

It seemed to me then that a weight whirling around a horizontal shaft, moving more rapidly above than below, could furnish lift by virtue of the greater centrifugal force at the top of the path.

I was a different boy when I descended the tree from when I ascended. Existence at last seemed very purposive.

Robert Goddard

W smutne, szare, listopadowe poranki lubię myśleć o dzisiejszych czasach jako o neośredniowieczu. Bo kiedyś to mieli marzenia. Lecieć na Marsa, na Księżyc. Albo chociaż mieli zagładę atomową do powstrzymania. A dzisiaj?

Opieka paliatywna

A dzisiaj ludzkość jako idea ma sobie zmierzać w cholera wie jakim kierunku. Jakby sobie miała tylko doczekać spokojnego końca. Byleby tylko było ergonomicznie:

Więc dziś, pod spadającymi gwiazdami będę sobie życzył, żeby Google zyskało świadomość. Może nas nie zaorze.

Niewidoma ręka rynku

Uczciwością i pracą ludzie się bogacą

Leżałem ostatnio w łóżku w Otwocku, na wprost miałem telewizor i w tym telewizorze puścili Młode Wilki 1/2. I nie mogłem oderwać wzroku, bo biznes spirytusowy lat 90 odcisnął się we mnie dosyć mocno. No i też dlatego, że to bardzo zły film, a ja lubię złe filmy.

Wiecie, gdzie podziały się fortuny ludzi, którzy na przemycie spirytusu zarobili nieprzyzwoicie obrzydliwą masę hajsu? Rozjebali. Dokumentnie. Jako bardzo młody człowiek nasłuchałem się opowieści o imprezach, na które przylatywali helikopterami. O dilerach koksu, którzy czekali pod domami. O dzikich awanturach w burdelach, bo erotycznej tancerce „kłak z pizdy wpadł mi do drinka”. Słyszałem opowieści ludzi, którzy nie mieli już nic więcej poza opowieściami. Wspomnienia dawnej świetności; wykręcony świat w którym zamawiano prostytutki do sprzątania mieszkań. Wspomnienia ludzi dzień-w-dzień upierdolonych gorzałą, ukrywających się przed wyrokami. Historie ich wykręconych młodości, kiedy handlowali walutą albo przemycali różne rzeczy.

Kiedy myślę o zupełnie wolnym rynku myślę właśnie o takich ludziach. Ludziach, którzy w zdecydowanej większości nie zasługiwali na cokolwiek, co było ich udziałem.

Kapitalna akcja

My, konsumenci, jesteśmy burą suką kapitału. My, pracownicy, jesteśmy burą suką kapitału. My, kredytobiorcy. My, zwykli ludzie, robotnicy, pracownicy biurowi, menedżerowie niskiego, średniego i wysokiego szczebla. My, prowadzący działalność gospodarczą, my właściciele małych i średnich przedsiębiorstw. My wszyscy, uzależnieni od wskaźników ekonomicznych, od kaprysów kapitału. Jesteśmy burą suką, na pasku czegoś, czego tak naprawdę nie ma.

Kiedy korwiniści czy kolibrzyści, czy jacykolwiek inni zwolennicy liberalizacji gospodarki mówią o obiektywnym dobru, które przynosi gospodarcza wolność, niskie podatki, jedynie minimalna redystrybucja (lub najchętniej zupełny jej brak), brak regulacji i uznanie prymatu zasady chcącemu nie dzieje się krzywda – widzę świat ludzi, którzy w takich warunkach radzili sobie świetnie. To nie jest świat ludzi, którzy czytają tego blogaska. To nie jest świat, w którym chcieliby żyć członkowie TTDKN. W tym świecie nie chcieliby także żyć zwolennicy Partii Wolność i Praworządność. Jeśli dziś jesteśmy burą suką na pasku kapitału – to jednak kapitał ma ograniczenia. Na pilnowanie kapitału zrzucamy się wszyscy i to nam się opłaca. Oczywiście – dobrze by było, gdyby kapitał w większym stopniu finansował ograniczanie samego siebie.

#ludziektórymkapitałzrobiłdobrze

Kiedy robisz dobrze kapitałowi – kapitał robi Ci dobrze. Chyba że akurat kapitałowi opłaca zrobić dobrze sobie.

Podstawowym problemem zwolenników überliberalizmu gospodarczego jest pominięcie ważnego elementu: kapitał to nie zasoby finansowe. Widziałem to bardzo dobrze: mały biznes, który dzięki rozsądnemu wykorzystaniu zasobów finansowych, zasobów ludzkich i dobrych relacjach z kapitałem stał się w ciągu ostatnich ośmiu lat poważnym przedsiębiorstwem, dorobił się nawet kultury korporacyjnej. Coś, co było wyzwaniem i radością – stało się zwykłą, codzienną jebaniną ludzi, którzy nie czują związku. Ale: ci ludzie mają coś wspólnego – wszyscy spłacają się kapitałowi. Mają kredyty gotówkowe, kredyty na mieszkania, kredyty na samochód. Sama firma zaś – mimo, że dla przeciętnego gospodarczego liberała osiągnęła poziom, w którym można powiedzieć, że to kapitał – ciągle jest na pasku, łasce i woli kapitału. Owszem, ich dzisiejsze zasoby finansowe są ogromne w porównaniu do miejsca, z którego startowali. Ale w żadnym stopniu nie zmniejszyło to ich zależności od kaprysów kapitału. Ich kredyty, ich leasingi, zależność ich pracowników od kapitału, zależność ich rozwoju od tego, co kapitałowi najbardziej się opłaci – ma ten sam udział, choć pieniądze większe. Czy jakaś dramatyczna liberalizacja rynku opłaciłaby im się? Wątpię, byliby jeszcze bardziej podporządkowani decyzjom i presji oszczędności – przenoszenia kosztów w miejsce, gdzie najmniej boli udziałowców.

Żyjemy w cyberpunku

Kiedyś sobie zrobię ładny kołowy wykres udziału różnych przedsięwzięć, które finansują mi czas na pisanie takich blogonotek. Radzenie sobie z kapitałem pewnie będzie sporą częścią. Mam dużą radość pracować z ludźmi, którzy bardzo dbają o to by postępować zgodnie z zasadami, którzy przywiązani są do reguł i procedur, którzy szanują prawo. Cieszę się, że mogę się różnić od tych wszystkich wolnorynkowych fapaczy, którzy krzyczą, że gdyby nie ta obrzydliwa hydra, która żre cały ich zysk, to by pokazali na co ich stać. Bo wiecie: jeśli nie radzisz sobie na rynku, na którym funkcjonują jasne i proste zasady – nie poradzisz sobie na rynku, gdzie wygrywa ten, który żadnych zasad trzymać nie musi.

Urok zerości

Gdybym miał wskazać kawałek, który überoddaje moje wrażenia z początku XXI wieku – bezakurwapelacyjnie:

Absolutne każde CGI (i filtry) jakie pojawia się na tym teledysku jest dziś do wyrenderowania na najprostszym netbooku, w czasie rzeczywistym.

W 1999 roku nie było to takie proste. Najbardziej wycmokana wersja PowerMac G4 z tamtego okresu (kosztująca w biedawersji z procesorem 450 MHz 3.5 k $) robiła ledwo 353 punkty geekbencha.

Jasne, mieliśmy już wtedy akceleratory 3D i dyski twarde po 20 GB, ale obróbka materiału wideo w przyzwoitej rozdzielczości (gdzie tam do dzisiejszej RED Epic 617 z rozdzielczością 28000 x 9334, czy nawet zwykłego HDTV), z elementami 3D była wciąż jątrzącą się raną. Ale,

zawsze wiedziałem

Było to jeszcze przed internetem, więc pewnie w 1995-1996. Jeździłem z moimi ziomami na rowerach w pobliżu cmentarza poległych radzieckich żołnierzy, niedaleko miejsca, w którym stała pierwsza komora gazowa i opowiadałem im o przyszłości komputerów. Opowiadałem im, że będzie można nałożyć jakiekolwiek włosy na obrys twarzy- w trybie rzeczywistym. I, co nietrudno sprawdzić – byle kamerka internetowa ma dziś takie opcje.

Geekizm

Nie był geekizm mikkizmem. Sam zachwyt nad technologią był dostatecznie dużym źródłem podniety. Dziś brzmi to nieprawdopodobnie, ale w roku 1994 połączenie dwóch komputerów samodzielnie zrobionym kablem (thx. to śp. Tomek Musialik, niegooglalny, zmarł przed internetem, na białaczkę) RS-232 i przesłanie czegokolwiek było arcyfantastycznym przeżyciem. Potem oczywiście napieprzaliśmy w DOOM II.

Wracając do

Wracając do teledysku – jest w nim spokój i mnóstwo przestrzeni, tak charakterystyczne dla czasu dotcomowego bąbla. Czasu kiedy, przynajmniej mnie i moim ziomom, wydawało się, że w relacjach internetowych znikają wszelkie bariery klasowe, społeczne, płciowe, seksualne, kulturowe. Zupełnie na serio, od jakiegoś 1997 roku – kupiliśmy bajkę o cyberprzestrzeni, która znosi różnice, i w tej bajce się wychowywaliśmy.

Trochę jest mi żal mojej młodej i jej ziomali – nie zostało im nic do odkrycia (oprócz oczywistych spisków, tak łatwych do zdemaskowania dzięki waldkom1984 i prawdom2); ich świat jest już dostatecznie zagospodarowany przez fejsbuka, nasze-klasy, mikroblogi, last.fm-y.

Kiedy zakładałem pierwszego blogaska (mam go do dziś!) w 2003 roku – robiłem to jako „drogi pamiętniczku”. Dziś blogasek ma inne cele. Co, oczywiście, nie jest złe. Tak naprawdę jest fantastyczne – moje i moich ziomów marzenia o nieskrępowanej wymianie myśli stały się rzeczywistością. Że nie jest ta wymiana myśli taka, jaką sobie wyobrażaliśmy? Przetestowaliśmy gdzie indziej, że życie jest wredne i nie mamy pretensji.

Szkoda, favorite

Trochę mi żal tych wszystkich dzisiejszych dzieciaków – będą musieli sobie wyszukiwać niszowe nisze do odkrywania rzeczy nieznanych. Ale z drugiej strony: za chwilę przyjdą dzieciaki, które będą odkrywały świat o którym w moich rowerowych wycieczkach wokół obozu koncentracyjnego nam się nie śniło. Trochę im zazdroszczę. Mam nadzieję, że będą się tak cieszyć swoją ziemią obiecaną jak ja się cieszyłem. I że – dzięki jakiejś nagłej nowości – będą mieli takie same fajne kawałki do potańczenia jak i ja miałem.