I’m happy, I’m carefree

Pośród te wszystkie ważne i mądre rzeczy, które powiedzieli moi przyjaciele i znajomi (a także zupełnie obce osoby) chciałbym dodać, że jestem im wdzięczny i bardzo im dziękuję. Za to, że moje sprawy, moje szczęście, moje prawa są dla nich ważne. Zajebiście się cieszę, że jesteście i wierzę święcie w to, że będziemy zmieniać ten świat.

Oraz: nie ma co płakać, ciężka praca wielu ludzi doprowadziła do tego, że przytroczyliśmy pedalsko-lesbijsko-transgenderkwirowską sprawę prosto przed ryj bandzie homofobów.

Wygramy.

„że iPod może zrobić po wyjęciu z pudełka”

Jakiś czas temu, z okazji bezsenności, przeglądałem jakieś tuby i trafiłem na na sort-a-kind-a test Samsunga Galaxy S3, firmowany przez Zygmunta GSM. Pokazywali stronę www plusgsm.pl i mnie zatrwożyło, jak okropnie niepłynne były animacje (androtardzi pewnie nie zauważają takich drobnych dupereli, które mnie potrafią zepsuć kompletnie użytkownicze doświadczenie).

Akurat się złożyło, że wpadł mi w ręce Galaxy Tab 10.1 GT-P7500, z Androidem 3.1, jak na załączonym obrazku:Obrazek

 

Cokolwiek to wszystko znaczy, oczywiście.

Pomyślałem sobie, a co mi szkodzi, zerknę sobie, jak działa hołmpejdż Zygmunta. Ku mojemu zaskoczeniu, działała dokładnie tak, jak przewidziałem:

Dla porównania, tutaj jak to działa na moim emerytowanym 3GS z ajoes szóste (proszę również zwrócić uwagę, że kamera w Galaxy Tabie to jest jakieś uogólnione koszmarium):

Dlatego jak ktoś mnie pyta: „ej, ale co masz do Androida”, to odpowiedź mam jasną i prostą.

Pomijając już oczywiście takie drobne kopy w dupę, jak brak jakiejś normalnej, przyzwoitej, oficjalnej, dopracowanej aplikacji do synchronizacji tego Androidyzmu z komputerem:

Obrazek

Modlitwa ateisty

Tyle lat spędziłem w stanie wysokiego stresu, że teraz nie wiem co ze sobą zrobić, kiedy wreszcie odpuścił. Może podzielę się obserwacją: ludzie sobie mówią czasem, że gdyby na nich przyszło, to przed śmiercią chcieliby jeszcze to i tamto, zobaczyć, przeżyć lot balonem, albo skok ze spadochronem. Wyjechać gdzieś w piękne miejsce. Zobaczyć Paryż raz jeszcze.

Jeśli o mnie chodzi: to wszystko brednie, Donnie Darko nie miał racji. Jedyne co się liczy, to leżenie w łóżku z kimś kogo kochasz, picie wina, palenie papierosów i cieszenie się ostatnimi chwilami. Obejrzeć jakiś zabawny serial, w dupie mam pełnię życia. Sukcesy, porażki, ambicje, frazesy, pierdolety. Górnolotne bajania o powinności. W ostatecznym rozrachunku liczy się czas wtulony w drugą osobę. Odliczam sobie te wszystkie smutne, samotne noce, kiedy się bałem, że nic dobrego w życiu mnie nie spotka. Każda minuta spędzona na wgapianiu się w kogoś, kogo kochasz liczy się podwójnie. I nie wiem, czy jest cokolwiek ważniejszego na Ziemi. Pod ziemią nie ma już nic, śniło mi się piekło, prowadził do niego czerwony Mercedes 190 E, spod Sejmu, przez lata 90, było kompletnie puste.

O przypływie sił

Nie należy traktować przypływu sił überserio. Po okresie, kiedy czujesz się jakby ci ktoś pierdolnął łopatą w twarz nagły zaskok braku odrętwienia jest miły i można się rozszaleć. Ale to nie jest pełnia zdrowia, o czym zostałem uświadomiony przewidywanym terminem zakończenia terapii. I kiedy minęła pierwotna euforia, że już mi przecież lepiej, to wyzierają zza procha skutki uboczne, pewnie byłoby mi lepiej, gdybym się leczył zapperem, albo miksturą mistrza Słoneckiego. Tyle że nie. Doceniam współczesną medycynę, o ile nie jest doskonała, to nastąpił u mnie spory wzrost jakości życia, za co dziękuję firmie Janssen-Cilag oraz mojej psychiatrżce.

Dziś niby jestem w stanie zrobić więcej rzeczy niż wczoraj, ale mimo, że jestem w stanie sam jechać tramwajem i wystawić się na widok publiczny, czy nawet rozmowę z ludźmi, to ciągle jest bez szału. Teraz zgodnie z tym, co wiem o kognitywnym foo-śmoo: polepszenie będzie następowało wolniej i będzie mniej widoczne, co z kolei będzie przekładało się na zniechęcenie terapią i dołoży cegiełkę do poczucia bezsensu. Jednak skoro to wiem, to mogę temu przeciwdziałać (na to też są prochy!).

Tak czy owak: czeka mnie jeszcze długa droga nim wrócę do formy.

Gdy społeczna nauka kościoła trafia na podatny grunt

Wyobraźmy sobie idealnie kulistego studenta teologii (nie skończył), który zaczyna filozofię (by ją szybko porzucić) i następnie rozpocząć studia na polonistyce. Już sam ten zestaw dużo mówi o intelektualnych preferencjach, a tu dochodzi nam dzielna walka o wolność na Białorusi. Ten idealnie kulisty się odnalazł, i ma na imię Błażej Strzelczyk. Coś jednak zgrzyta, i zza majt wychodzi miękka faja, którą trzeba powywijać, i bum! Kraków, protest lokatorów kamienic komunalnych bezrobotnych, emerytów i studentów jest doskonałą okazją, by pokazać, jak marna jest kondycja dzisiejszej myśli kościoła.

W zasadzie nie ma co cytować, zapraszam do lektury całego artykułu, a potem do zapoznania się z karierą zawodową autora. Dodam jeszcze, że dawno nie widziałem tak okropnego typa, dla którego wyrażanie gniewu na rzeczywistość jest „groteskowe”, bo okres dla Krakowa gorący, i co powiedzą turyści, kiedy zobaczą, że komuś w mieście się nie podoba. Bardzo mnie to bawi w kontekście angażowania się w demokratyzację Białorusi. Bo przecież na Białorusi też kogoś może boleć w oczy, że jakaś demokracja się próbuje panoszyć na ulicach, zamiast grzecznie zgadzać się na taką politykę, jaka jest prowadzona.

Błażej Strzelczyk jest mendą wysokiej próby, i jestem pewien, że jeśli w idei piekła było coś dobrego i pięknego: to właśnie jako miejsce dla takich ludzi. Ludzi, którzy bezinteresownie nienawidzą drugiego człowieka tylko dlatego, że ten im źle wygląda i psuje krajobraz.

Na specjalne życzenie blogowidzów powtarzamy odcinek ósmy

Przeżyłem, co utwierdziło mnie w racjonalnym przekonaniu, że tamten sen był idiotyczny. Oczywiście, racjonalnie tłumaczyłem sobie, że taka świadomość, prekognicja, może mieć coś wspólnego ze splątanymi stanami kwantowymi moich elektronów tu i w przyszłości, co odbieram mózgiem w sposób rozumowy, był nawet o tym odcinek Star Trek TNG.

Czasem wydaje mi się, że myślenie o sobie jako o jednym, kompletnym tworze jest idiotyczne, bo na własnej skórze doświadczam, że ciało sobie, różne części mózgu sobie, a ja w tym wszystkim jestem coraz bardziej biernym widzem. Dodatkowo: prochy nie służą mi na poczucie humoru i następnym razem jak będę, będę musiał poprosić o jakieś antydepresanty (jakieś ssri, nieuzależniające, choć I <3 klorazepan).

Więc: drogi blogowidzu – jeśli przyśniło ci się, że onkolog w Grudziądzu mówi, że masz raka i pół roku życia, i nawet pokazuje na to stosowne fotografie rentgenowskie, spokojnie możesz uznać to za bujdę, choć oczywiście NALEŻY SIĘ BADAĆ.