Społeczna odpowiedzialność biznesu

To coś na co nie należy liczyć. Biznes nie jest od bycia odpowiedzialnym społecznie, od rozważania moralnych i etycznych konsekwencji swoich działań. Nie łudzę się, nie liczę, że kiedykolwiek zacznie. Znaczy, mam nadzieję, ale w ograniczonym zakresie. Wynika ona z tego, że planowanie długoterminowe w biznesie jest skorelowane z tym co etyczne i moralne (sprawdzić czy nie jesteś google czy facebookiem, korporacją o wielkich ambicjach prawotwórczych).

Skoro biznes nie będzie społecznie odpowiedzialny to znaczy, że my sami musimy tę odpowiedzialność społeczną zorganizować. Taką rolę ma, co za niespodzianka, państwo. Przez ostatnich dwadzieścia lat z kawałkiem tę społeczną odpowiedzialność państwa próbowano, często skutecznie, rozmontować i sprywatyzować. Jest listopad, więc mniej optymistycznie patrzę na świat i uważam, że osiągnęliśmy coś jak PNR. Jesteśmy już w tym rozmontowywaniu tak daleko, że nie ma powrotu do stanu wyjściowego, jedyne co można robić to redukować szkody.

I w to moje pesymistyczne myślenie o świecie wpada mi w miejscu gorszym niż usenet człowiek, który się dziwi. Rozmowa tyczy się biednych polskich firm, które nie stać na zapłacenie pracownikowi minimalnego wynagrodzenia. Stoję sobie na radosnym stanowisku, że firmy te powinny upaść. Bo są szkodliwe, zarówno z lewicowego spojrzenia na sprawę (krzywda pracownika) jak i z prawdziwiewolnorynkowego (psuje się rynek). Na co dostaję, że przecież to nie ich wina. I tu właśnie przychodzi moment, kiedy dociera do mnie, że ludzie nie rozumieją prostej zależności: twoje i twoich współobywateli przeszłe decyzje polityczne i gospodarcze mają swoje konsekwencje. Jedną z konsekwencji tych decyzji jest to, że mamy taki a nie inny kształt rynku. I, dalibóg, byłoby za to odpowiedzialne państwo. Ale nie. To nie wysokie podatki, to nie wysokie składki na ubezpieczenia zdrowotne, fgśp czy inne fiu bździu odpowiadają za to, że jest masa firm, które są po prostu nieopłacalne. Równie dobrze można argumentować, że komuś zakaz pracy dzieci powoduje, że mu się biznes nie opłaca.

Dobrze zdezorganizowana akcja

Nawoływanie do dalszego obniżania podatków jest po prostu nawoływaniem do tego, żeby przesunąć środki z budżetu do banków i instytucji finansowych. Które to instytucje głosami swoich specjalistów nawołują do dalszej prywatyzacji kolejnych obszarów działalności państwa. To oczywiście wszystko wygląda ładnie na papierze i pięknie w krótkim terminie, a PKB od tego puchnie, tylko że tutaj nie ma ani słowa o odpowiedzialności względem społeczeństwa. Kapitał nie chce, nie lubi, nie jest, nie był i nie będzie odpowiedzialny za swoje decyzje (przecież nie będziemy skazywać spółek wraz z zarządami udziałowcami na 25 lat więzienia). Dlatego uważam, że przesuwanie kompetencji państwa w ręce kapitału to nie jest najszczęśliwszy pomysł.

20 lat kapitalizmu chyba powinno nauczyć wszystkich, że my tutaj na dole nie jesteśmy kapitałem. Nawet jeśli to od naszej aktywności, od naszej pracy, naszych podatków, naszych planów, ambicji, marzeń, nieprzespanych nocy i pogorszenia stanu zdrowia zależy wzrost PKB – to on nie ma nic do rzeczy, bo sami sobie odcinamy, decyzjami politycznymi, dostęp do tych pieniędzy i wpływu na ich dystrybucję.

Krótko rzecz ujmując – wszyscy, którzy marudzą, że podatki uniemożliwiają im dysponowanie wypracowanymi pieniędzmi powinni wreszcie skumać, że oddanie tych pieniędzy w formie niskoopodatkowanych zysków uniemożliwia im dysponowanie wypracowanymi pieniędzmi jeszcze bardziej.

Oczywiście, można argumentować w Wimmerowskim stylu (pamiętaj, Wimmer zajebałby Breivika spinaczem!), że przecież PKB wzrosło i coś tam jeszcze też podskoczyło. Problem polega na tym, że mimo obniżki obciążeń podatkowych od tamtego czasu jakoś nie widać, żeby udział pracowników w przychodach przedsiębiorstw jakoś znacząco wzrósł (a ja po cichu obstawiam, że np. dzięki powszechnemu wykorzystaniu spychania na samozatrudnienie, wykorzystaniu APT, nielegalnych umów cywilnych w miejsce stosunku pracy, oraz przede wszystkim wzrostu płac poniżej wzrostu PKB – nawet spadł).

stawki CIT:

  • od 1 stycznia do 31 grudnia 1997 r. – 38% podstawy opodatkowania
  • od 1 stycznia do 31 grudnia 1998 r. – 36% podstawy opodatkowania
  • od 1 stycznia do 31 grudnia 1999 r. – 34% podstawy opodatkowania
  • od 1 stycznia do 31 grudnia 2000 r. – 30% podstawy opodatkowania
  • od 1 stycznia do 31 grudnia 2001 r. – 28% podstawy opodatkowania
  • od 1 stycznia do 31 grudnia 2002 r. – 28% podstawy opodatkowania
  • od 1 stycznia do 31 grudnia 2003 r. – 27% podstawy opodatkowania

Bilans musi wyjść na zero

Koszt kształcenia ucznia w publicznej szkole podstawowej i gimnazjum w Ciechanowie w 2008 r. to średnio 4.291 zł, co daje nam jakieś ~40.000 zł przez okres 9 lat, a w liceum czy szkole zawodowej jakieś 6.500 zł, co daje nam kolejne dwadzieścia kafli. I teraz ciekawostka: ile lat pracy pracownik zatrudniony z płacą minimalną musi poświęcić, żeby podatkiem dochodowym spłacić sam koszt swojego wykształcenia? Z obliczeń pi razy drzwi wyszło mi ~50 lat. Pięćdziesiąt lat płacenia podatku, żeby spłacić 13 lat edukacji. ROI z ucznia, który potem ląduje w śmieciowej pracy jest naprawdę znakomite!

Oczywiście – im większe miasto – tym koszty wyższe.

W internetowych dyskusjach o kształcie rynku w Polsce często przywoływana jest tzw. godna płaca, i co ona właściwie oznacza. Godna płaca to nic innego jak intelektualny wihajster do wskazania, że z aktualnymi płacami coś jest mocno źle, coś, czego nie przedstawia się pod publiczny osąd: wszyscy wiemy, że są niskie, ale cóż, przecież jest kryzys, no i przecież nie można płacić poniżej zwrotu z pracownika.

Tylko jeśli ten zwrot z pracy pracownika jest poniżej kosztów dostarczenia tego pracownika na rynek pracy – to my wszyscy za niego płacimy. My wszyscy, którzy mają trochę lepiej i płacą trochę wyższe podatki. W gospodarce – w przeciwieństwie do ekonomii – nic nie ginie, zawsze musi się znaleźć ktoś, kto te koszty pokryje.

Powtórzę raz jeszcze, żeby dotarło: pracodawca płacący pensję minimalną pracownikowi domaga się od nas wszystkich tego, byśmy do tego pracownika dopłacali. Oczywiście – nie są to dopłaty bezpośrednie (choć takie sytuacje też się zdarzają, poprzez np. obniżki/zawieszenie podatków od nieruchomości czy ZUS dla inwestorów zagranicznych w SSE).

Uspołecznianie kosztów

Zad.1 Na przykładzie zysków i aktywów PKO BP wskaż początek i koniec kryzysu:

Zysk netto:

Aktywa:

2002 – 1,051 mld zł

2002 – 82,0 mld zł

2003 – 1,228 mld zł

2003 – 84,4 mld zł

2004 – 1,872 mld zł

2004 – 85,1 mld zł

2005 – 1,676 mld zł

2005 – 90,3 mld zł

2006 – 2,047 mld zł

2006 – 99,8 mld zł

2007 – 2,720 mld zł

2007 – 105,3 mld zł

2008 – 2,881 mld zł

2008 – 131,2 mld zł

2009 – 2,432 mld zł

2009 – 153,7 mld zł

2010 – 3,311 mld zł

2010 – 167,2 mld zł

2011 – 3,807 mld zł

2011 – 190,7 mld zł

za: wikipedia, przecież nie będę się grzebał w ich raportach

W grudniu 2011 roku w Wyborczej:

„183 mld zł – polskie firmy jeszcze nigdy w historii nie miały tyle pieniędzy na kontach. Obrosły w gotówkę, bo nie inwestowały. – Szykują się na kryzys – mówią ekonomiści”

„Od stycznia 2007 r., czyli czasu, gdy o kryzysie nikt nie słyszał, wartość oszczędności firm wzrosła o 58 mld zł.”

„Niepewne czasy spowodowały, że nawet po pierwszej fali kryzysu w 2009 r. polskie firmy wolą obrastać w gotówkę, zamiast inwestować.”

Czasem spotykam się z argumentem, że wysokie dochody topmenedżmentu, zarządów i prezesów są premią za ryzyko. Z czym zgadzam się o tyle, że uważam, że prawidłowa definicja wszelkiej działalności biznesowej to «ponoszenie ryzyka w celu osiągnięcia korzyści», z czym nie zgadzam się, bo wiem dobrze, jakiego rodzaju jest to ryzyko, tj. nie ma tam ani odpowiedzialności finansowej, ani karnej.

Czasem spotykam się z argumentem, że wysokie dochodu topmenedżmentu, zarządów i prezesów są premią za umiejętności, wiedzę i talent. I że to właśnie te cechy wymagają bycia dobrze opłacanymi.

Jak połączymy to ponoszenie ryzyka z umiejętnościami, wiedzą i talentem to się okaże, że firmy, które wiecznie boją się inwestować, czy jest kryzys, czy go nie ma (szybki gugiel: w 2006 też się bały) może wcale nie są zarządzane przez ludzi z umiejętnością, wiedzą, talentem i ze zdolnością do ponoszenia ryzyka. Na tej awersji do ryzyka przez ostatnie dwa lata aktywa firm wzrosły o 17 mld złotych.

Andrzej Blikle argumentuje, że jak się te 200 mld zł podzieli przez 2,2 mln aktywnych firm w Polsce, to to wychodzi jakieś śmieszne 91 tysięcy złotych. Zapytajcie swoich znajomych, którzy prowadzą DG, kiedy ostatnio mieli na koncie luźnie 91 kafli.

Blikle twierdzi również, że pieniądze te są firmom niezbędne do inwestycji; tyle że hajs potrzebny do inwestycji łączy się z kredytem i te pieniądze dość szybko znikają z rachunków.

Luźna obserwacja – co roku 8,5 mld złotych znika z rynku, bo zarządy, prezesi i topmenedżment nie bardzo się orientują, jak mogą rozwijać swój biznes, a poza tym mają awersję do ryzyka inwestycyjnego.

Choć osobiście obstawiam, że nie mają awersji do inwestycji – po prostu nie satysfakcjonuje ich przeciętny zwrot z tych inwestycji.

Odchodząc nieco od oceny kwalifikacji i zdolności ponoszenia ryzyka, obserwacja: skoro boją się przeciętnych zwrotów z inwestycji, mogliby się podzielić tymi zyskami ze swoimi pracownikami. Co pewnie przełożyłoby się na pobudzenie rynku i większy zwrot z inwestycji w przyszłości.

Bojownicy o wolny rynek

Skoro organizacje przedsiębiorców domagają się tego, by respektowane były zasady rynkowe – jestem skłonny się na to zgodzić, pod tym warunkiem, że podatki z płacy minimalnej będą w stanie zwrócić koszt wejścia takiego pracownika na rynek pracy (nie tylko edukacja, ale i opieka zdrowotna, koszty infrastruktury, kultury, zapewnienia bezpieczeństwa) oraz zostawić parę groszy dla następnego pokolenia.