W dniu dzisiejszym

mam do powiedzenia tylko tyle: mało co bawi mnie równie mocno jak postulat rozmontowywania systemu zabezpieczeń społecznych w odpowiedzi na problemy wynikające z rozmontowywania systemu zabezpieczeń społecznych.

 

__
Na pocieszenie: idźcie i kupcie Dziennik Gazetę Prawną. Momentami czułem się, jakbym czytał papierowy organ TTDKN.

Poleca się również uwadze tego kolesia: https://twitter.com/RafalWos

Reklamy

Handluj z tym

Jeśli morzeł orze, to i ja mogę opowiedzieć czytelnikom mojego blogaska o tym, czemu może Jarosław Kurski.

Kapitalistyczny podział na szlachetnych przedsiębiorców i leniwych pracowników jest głupi jak paczka gwoździ. Od lat przecież powtarzamy, że gdyby system był skonstruowany tak, że ma być dobrze przedsiębiorcom to by się nazywał przedsiębiorcyzm – a nie kapitalizm.

Przeciętne polskie PPHU Krystynex jest w bardzo podobnej sytuacji jak ich pracownicy. Gówniane pieniądze (witamy w kraju, w którym wszyscy myślą, że wyżyją z przyzerowych marż), opóźnienia płatności, brak mechanizmów, które umożliwiałyby konkurowanie z dużymi przedsiębiorstwami, brak dostępu do kredytów, w których bank współponosi ryzyko przedsięwzięcia, brak rozdziału pomiędzy zarobkami właścicieli w prowadzonych przez siebie przedsiębiorstwach oraz zwrotem z inwestycji a przychodami i majątkiem firmy.

Przeciętny polski pracownik jest w bardzo podobnej sytuacji jak jego pracodawca.
Gówniane pieniądze (nie czarujmy się, nawet 2000 zł netto na miesiąc, co zdaje się być całkiem spoko stawką, nie pokrywa kosztów odtworzenia siły wytwórczej pracownika), brak możliwości planowania wydatków w dłuższej perspektywie czasowej, konkurencja na rynku pracy polega głównie na tym, kto jest skłonny pracować za mniej i na gorszych warunkach.

Każdy z tych problemów da się wytłumaczyć odległością od kapitału. Odległość od kapitału można bardzo łatwo uprościć do pozycji klasowej. I zerwać wreszcie raz na zawsze z idiotycznym podziałem: my przedsiębiorcy, czyli geszefciarze na samozatrudnieniu jesteśmy totalnie jak Sebastian Kulczyk a tam po drugiej stronie stoją leniwi biedacy, roszczeniowi robole, zwykli nieudacznicy i pazerne związki zawodowe.

O upodobaniach

Z dużą radością przyglądam się klasie średniej, która powtarza, że żadnych klas społecznych slasz majątkowych nie widać. I że oni nie czują żadnej potrzeby awansu. To jest oczywiście bardzo rozsądne wyparcie, usuwa konieczność odpowiedzi na pytanie: ej, skoro nie ma klas, to dlaczego mój majątek zamiast rosnąć – kurczy się. Odpowiedzią na to pytanie staje się proste „bo mi państwo nie pozwala, bo grabi mnie w podatkach” (funfact, niedawno koleś, który efektywnie płaci coś koło 7,5% podatku dochodowego jęczał, że go państwo ograbia z 18% pieniędzy). Czy faktycznie państwo utrudnia wzrost zamożności?

Tak. Utrudnia. 

Ale nie tak jak chcą zwolennicy obniżania podatków dla przedsiębiorców: bóg nie stworzył nas równymi. PPHU Krystynex nie jest równy Krystynex Holding S.A. Typowy Seba nie jest Sebastianem Kulczykiem.

Państwo faworyzuje kapitał. Nawet w tak prostym przypadku, jak prowadzenie przedsięwzięć pod firmą: łatwość powołania spółki kapitałowej, zakres odpowiedzialności w spółce kapitałowej, możliwość prowadzenia działań w spółce kapitałowej, gdy znajduje się ona w organizacji w opozycji do dosyć opresyjnych wymagań stawianych ludziom, którzy życzą sobie rozpocząć mały geszeft.

Proszę wybaczyć, ale kompletnie nie widzę powodu, dla którego ktoś, kto od czasu do czasu – (i do pewnej kwoty) dorobi sobie jako mechanik, naprawi pralkę, umyje okna czy zrobi jakąś usługę – nie może po prostu wystawić rachunku, doliczyć sobie go do przychodów i rozliczyć w PIT.

Państwo faworyzuje kapitał, bo udział obciążeń dla małych przedsiębiorstw jest taki sam jak udział obciążeń dla dużych przedsiębiorstw. Tyle że ryzyko, jakim obarczony jest ten udział jest dużo większe w dla małych geszeftów. Te niby niewielkie 18% czy 19% podatku dochodowego, śmieszny ~tysiąc złotych ZUS, konieczność zapłacenia VAT, w okolicznościach, które są w Polsce, czyli małego i biednego rynku wewnętrznego, gdzie powszechną opcją konkurowania jest tak naprawdę cena powodują, że rentowność prowadzenia małego geszeftu jest wyraźnie niższa niż tego samego geszeftu w większej skali.

O czym świetnie świadczy problem dostępu do pieniądza. Wymagana przez banki ilość zabezpieczeń powoduje, że dla jednoosobowej działalności czy małego przedsiębiorstwa ryzyko a więc i koszt pozyskania pieniędzy są często zbyt wysokie. Jesteśmy w kapitalizmie, bez dostępu do kredytu nie ma mowy o rozwoju.

Czy to jest problem klasowy? Jest.

Przedstawiciel UMC to ktoś, kto choćby z racji swojej przeszłości czy znajomości, powiązań towarzyskich i rodzinnych ma dostęp do ludzi, którzy chętnie pomogą w zorganizowaniu pieniędzy. Mają wolne środki, które mogą inwestować, posiadają rzeczy, które mogą stanowić zabezpieczenie, a których ewentualna strata nie będzie oznaczała pogorszenia jakości życia.

Już nawet przedstawiciel MC ma pewne problemy ze znalezieniem odpowiedniego majątku, który mógłby bezpiecznie posłużyć jako zabezpieczenie. W moim widzeniu przedstawiciel MC to ktoś taki, kto po opłaceniu wszystkich zobowiązań dysponuje w umiarkowanym stopniu wolnymi środkami. Wystarczy na rozrywkę, wakacje, stosunkowo niewielkie oszczędności. MC zazwyczaj jest w na tyle wygodnej sytuacji, że ryzyko związane z prowadzeniem własnego przedsięwzięcia w stosunku do obecnego poziomu dochodów jest zbyt duże.

Przedstawiciel LMC to ktoś, kto po opłaceniu zobowiązań wychodzi bez długów. I to jest grupa, w której własny geszeft mógłby być widziany jako metoda awansu klasowego. I tu właśnie, bez możliwości położenia zabezpieczenia, z ryzykiem związanym z odpowiadaniem całym majątkiem – dostęp do pieniądza jest najtrudniejszy.

Poniżej LMC można liczyć co najwyżej na chwilówkę i pożyczanie pieniędzy od wielu członków rodziny i znajomych.

Czy to jest problem z kapitalizmem? Jest.

Małą przedsiębiorczość widzę jako jedną z metod walki z kapitałem. To właśnie małe przedsiębiorstwa wzajemnie sobie sprzedające i kupujące od siebie tworzą rynek wewnętrzny. Nie wiem co na to ekonomiści, ale mam mocne podejrzenie, że pieniądze na rynku biorą się z tego, że są w ciągłym przepływie i że uczestnicy rynku spodziewają się, że tych pieniędzy jest tam tyle, ile potrzebują, żeby spłacić swoje zobowiązania i żeby zobowiązania wobec nich zostały spłacone. Ludzie mający więcej pieniędzy mają alternatywne metody pozyskania pieniędzy na swoje potrzeby, nie w każdym przypadku więc muszą zwracać się do kapitału, dzięki czemu mogą spodziewać się lepszych warunków (a kapitał – niższych marż i odsetek, co nie jest im na rękę). Duża ilość małych przedsiębiorstw w dobrej kondycji, w sytuacji dużego rynku wewnętrznego, płacących regularnie swoje zobowiązania wobec państwa zmniejsza potrzebę państwa do zaciągania długu, co z kolei przekłada się znów na mniejsze przychody kapitału.

Uczynię teraz prostą analogię dla niekumatych: jeśli na wieś, w której prowadzę sklepik sprowadzi się z miasta brzuchaty szerholder – to czasem w moim sklepiku zostawi więcej grosza kupując gorzałę czy lepsze szlugi. Ale jeśli na tej samej wsi wszystkim moim sąsiadom zacznie się robić lepiej na tyle, że – w związku ze skalą mojego biznesu – wyższe ceny w moim sklepiku w porównaniu do oddalonego o 12 km marketu przestaną im robić różnicę i wreszcie będzie można konkurować np. jakością produktów i ich asortymentem, to mi się zrobi lepiej. A jak mi się zrobi lepiej, to będę chciał mieć ładniej dookoła sklepu, to będę chciał kogoś zatrudnić, żeby praca szła łatwiej i żebym miał więcej czasu. [Czy to działa tak pięknie i łatwo? Mocno wątpię, ale może przestańmy myśleć w perspektywie roku-dwóch i spodziewajmy się zmian w perspektywie 7-10 lat.] 

Zajęcia praktyczno-techniczne

Trochę mam obawę, że moje kiełkujące przeświadczenie, że kapitałowi po prostu nie opłaca się wzrost zamożności jest podszyte jakimś SPISGIEM, ale z drugiej strony jeśli przedsiębiorczość nie będzie obarczona zbyt wysokim ryzykiem i będzie miała lepszą rentowność niż fundusze inwestycyjne i lokaty bankowe?

Jest trochę tak, że oprócz złej woli wąsatego biznesu widzę, że powodem zatorów płatniczych często jest obawa: czy jeśli zapłacę komuś teraz to nie stanie się tak, że zostanę bez pieniędzy, bo sam będę musiał na nie czekać nie wiadomo ile. Nie znaczy przecież, że wszyscy. Nie ma się co oszukiwać, wśród zestawu cech sprzyjających sukcesowi w biznesie znajdziemy mnóstwo przynależnym zaburzeniom psychopatycznym. Są przedsiębiorcy, którzy nie płacą, bo mają taki kaprys. Są przedsiębiorcy, których nie obchodzi, co się stanie z ludźmi czy przedsiębiorstwami, którym są dłużni pieniądze. 

Osobowość psychopatyczna to oczywiście bardzo dobre wytłumaczenie dlaczego tak się dzieje. Ale ja mam inne. Przedsiębiorcy nie traktują swoich przedsięwzięć jako osobnego bytu, z którego czerpią pożytki według określonych zasad; przedsiębiorcy i udziałowcy traktują swoje przedsiębiorstwa jak prywatny folwark, gdzie wszystkie wypracowane środki „należą” do przedsiębiorcy. A polscy przedsiębiorcy to niestety często bardzo nierozsądni ludzie, którzy nie potrafią trzymać dyscypliny finansowej i uważają, że wszystkie ich wydatki i straty jakoś się pokryje.

Tu widzę jeszcze jedną szkodę poczynioną przez neoliberalną propagandę. Nikogo nie dziwi instytucja nadzoru właścicielskiego, wszystkich bardzo dziwi istnienie nadzoru pracowniczego. Przecież te znienawidzone związki zawodowe w przedsiębiorstwach są tylko po to, żeby naciskać przedsiębiorce na zwiększanie płac i rozszerzanie rozdętych przywilejów pracowniczych. Tyle mejnstrim. A jak może być w praktyce? Nadzór pracowniczy służy właśnie temu, żeby udziałowcy i właściciele nie mogli traktować przedsiębiorstw jako prywatnych folwarków. Aby uzyskiwane przez właścicieli pożytki były na rozsądnym poziomie, nienaruszającym bezpieczeństwa finansowego przedsiębiorstw. Aby ponoszenie ryzyka w przedsiębiorstwach nie było uznaniową decyzją właścicieli, gdzie ofiarami tych decyzji stać się mogą właśnie pracownicy.

Nie mam żadnej nadziei na obalenie ustroju kapitalistycznego, więc obstawiam, że należy grać według jego reguł. Kapitalizm jest ustrojem, w którym największą cnotą jest marnotrawstwo. Byleby dało się to marnotrawstwo opakować w wyniki finansowe. Muszą więc się tworzyć nowe interesy, muszą się zamykać, musi być przepływ hajsu, musi być święta wiara w to, że na koniec roku obrachunkowego strata będzie mniejsza niż zysk.

Chciałbym, żeby państwo, w którym żyje wsparło uśmiech swoich obywateli zwiększając kwotę wolną od podatków, żeby zwiększyło opcję konkurencji pomiędzy małymi przedsiębiorstwami a dużymi (oh hai, progresjo podatkowa, wzywamy cię na ratunek!), żeby umożliwiło łatwe świadczenie sobie mikrousług pomiędzy ludźmi. Nie mam fetyszu stuprocentowej efektywności, więc chciałbym na samym końcu, żeby państwo w którym żyje marnotrawiło pieniądze w sposób, który opłaca się obywatelom, a nie w sposób, który opłaca się kapitałowi.

A Jarosław Kurski może, bo jest blisko kapitału.

I’m happy, I’m carefree

Pośród te wszystkie ważne i mądre rzeczy, które powiedzieli moi przyjaciele i znajomi (a także zupełnie obce osoby) chciałbym dodać, że jestem im wdzięczny i bardzo im dziękuję. Za to, że moje sprawy, moje szczęście, moje prawa są dla nich ważne. Zajebiście się cieszę, że jesteście i wierzę święcie w to, że będziemy zmieniać ten świat.

Oraz: nie ma co płakać, ciężka praca wielu ludzi doprowadziła do tego, że przytroczyliśmy pedalsko-lesbijsko-transgenderkwirowską sprawę prosto przed ryj bandzie homofobów.

Wygramy.